W polskiej debacie prawniczej często wykorzystuje się takie oto passusy: „trzeba poczekać na ukształtowanie się linii orzeczniczej”, „sprawa wymaga oceny ad casum” albo „ostatecznie i tak zdecydują sądy”. Taka formuła brzmi ostrożnie i profesjonalnie, ale bardzo często pełni także inną funkcję: pozwala odsunąć w czasie odpowiedź na pytanie, czy system ochrony konsumenta jest dobrze zaprojektowany. Zamiast szukać narzędzi, które szybko zatrzymują wadliwą praktykę i naprawiają jej skutki, przerzuca się ciężar rozwiązania problemu na wieloletni proces rozstrzygany w pojedynczych sprawach.
W sprawach konsumenckich, zwłaszcza na rynku finansowym, takie podejście jest coraz mniej przekonujące. Oczywiście bywają sytuacje, w których sąd musi ważyć niuanse konkretnego stanu faktycznego. Nie każdą sprawę da się rozstrzygnąć według jednego szablonu. Problem zaczyna się wtedy, gdy język „oceny ad casum” staje się wygodnym uzasadnieniem dla bierności systemu wobec zjawisk masowych i powtarzalnych. Jeżeli tysiące klientów spotyka się np. z tym samym typem klauzuli abuzywnej albo tym samym sposobem odrzucania reklamacji, to nie mamy już do czynienia z problemem jednostkowym. Mamy problem systemowy, którego nie powinno się rozdrabniać na tysiące osobnych procesów.
Jeszcze mniej przekonujące jest powtarzanie, że trzeba poczekać na wykształcenie się linii orzeczniczej. To sformułowanie w praktyce oznacza często zgodę na wieloletni okres niepewności, w którym koszty owego eksperymentu ponoszą sami konsumenci. To oni mają iść do sądu, finansować spór, czekać na rozstrzygnięcie i liczyć, że po latach z rozproszonych wyroków wyłoni się jakaś stabilniejsza odpowiedź.
Model, w którym problemy zbiorowe są rozstrzygane w trybie indywidualnym, wolnym i kosztownym, nie premiuje szybkości, prostoty ani dostępności
W tym sensie „to sądy ostatecznie zdecydują” nie jest neutralnym opisem rzeczywistości. To także wybór modelu ochrony. Modelu, w którym godzimy się na to, by problemy zbiorowe były rozstrzygane w trybie indywidualnym, wolnym i kosztownym. Taki model nie premiuje szybkości, prostoty ani dostępności. Premiuje raczej wytrwałość, zasoby i gotowość do prowadzenia długiego sporu. A to nie są cechy, które powinny decydować o poziomie ochrony konsumenta.
Należy więc wyjść z przeciwnego założenia. W sprawach konsumenckich nie należy pytać, kiedy sądy dopracują linię orzeczniczą, lecz jak zbudować system, który ograniczy potrzebę sięgania po sąd. To oznacza silniejsze postępowania polubowne w sprawach indywidualnych, większą rolę postępowań grupowych i przedstawicielskich tam, gdzie problem ma charakter masowy, oraz odejście od nadmiernego formalizmu dowodowego i orzeczniczego na rzecz rozwiązań bardziej praktycznych, szybszych i opartych na zasadach słuszności.
Obecnie jednak w polskim systemie ochrony konsumenta sąd zbyt często staje się domyślnym gestorem sporu, a zarazem domyślną odpowiedzią na problem, który wcale nie powinien trafiać na wokandę. Taki model nie służy ani konsumentowi, ani państwu. Jest wolny, kosztowny i często zmusza pojedynczą osobę do prowadzenia walki z problemem, który ma charakter masowy. Sąd powinien być rozwiązaniem ostatecznym, a nie pierwszym odruchem systemu.
Czytaj więcej
Lukę w systemie ochrony konsumentów, powstałą na skutek braku właściwej aktywności prezesa UOKiK, zajęły kancelarie zajmujące się dochodzeniem rosz...
Dlaczego model sądowy jest niekorzystny dla konsumenta?
Proces cywilny to dla konsumenta droga ciężka i męcząca. Wymaga czasu, pieniędzy i wiedzy, a tych zasobów instytucja finansowa ma zawsze więcej. W efekcie formalne prawo do sądu nie zawsze oznacza realną i łatwo dostępną ochronę, co samo w sobie stanowi zaprzeczenie idei ochrony konsumenta. Dla konsumenta oznacza to kilka praktycznych skutków:
– ochrona przychodzi późno;
– wynik zależy od aktywności jednostki i jakości jej pełnomocnika, a nie od jednolitej reakcji państwa na wadliwą praktykę;
– podobne sprawy mogą być różnie rozstrzygane w wielu często równoległych postępowaniach, co zwiększa niepewność i koszty;
– przedsiębiorca może kalkulować, że tylko część konsumentów zdecyduje się na proces, więc konkretne naruszenie nadal pozostaje „opłacalne”.
Kontekst wydolności sądów powszechnych
Raport NIK o zapewnieniu sprawnego funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości wzmacnia argument, że przerzucanie ochrony konsumenta przede wszystkim do sądów powszechnych jest rozwiązaniem instytucjonalnie nieadekwatnym. NIK wskazała, że sądy powszechne weszły w 2025 r. z zaległością 4 389 184 spraw, z czego sama zaległość spraw cywilnych wzrosła do 3 213 026, a sytuację pionu cywilnego uznała za kryzysową.
Znaczenie tych danych dla ochrony konsumenta jest zasadnicze. W sprawach najbliższych codziennym interesom obywateli średni czas trwania spraw cywilnych procesowych w sądach rejonowych wzrósł z 9,2 do 16,5 miesiąca. Jeżeli więc system ochrony konsumenckiej zakłada w praktyce, że spór ma zostać rozwiązany przede wszystkim na drodze procesu, to opiera się na kanale, który sam znajduje się między biegunami zaległości i przewlekłości.
Dlaczego model sądowy jest nieefektywny systemowo?
Największa słabość modelu sądowego wychodzi na jaw wtedy, gdy problem się powtarza. Jeśli źródłem problemu jest np. ten sam wzorzec umowy wykorzystywany przez bank lub ubezpieczyciela, to tysiące pojedynczych spraw w różnych sądach z założenia nie tworzą skutecznej ochrony. Powielają tylko tysiące razy ten sam spór.
Nieskuteczność modelu sądowego przejawia się także w tym, że nie tworzy on wystarczająco szybkiej reakcji ex ante. Sąd działa zasadniczo po fakcie i w granicach konkretnego żądania, podczas gdy efektywna ochrona interesów konsumentów wymaga zagospodarowania dwóch sfer:
– sfery interesów indywidualnych tj. instrumentów oderwanych od klasycznych formułek procesu i rygoryzmów dowodowych, zdolnych do szybkiego i elastycznego rozwiązania problemu;
– sfery interesów zbiorowych tj. instrumentów zdolnych z kolei do wstrzymywania praktyk, standaryzowania rynku i wymuszania zmian organizacyjnych po stronie przedsiębiorców.
Ryzyko instrumentalizacji sporów
Dominacja ścieżki sądowej niesie też inne ryzyko: ochrona konsumenta zaczyna być wciągana w logikę zarabiania na sporze. Oczywiście pomoc prawna jest potrzebna, a wynagrodzenie za pomyślne zakończenie sporu nie jest czymś nagannym. Problem pojawia się wtedy, gdy system bardziej „promuje” eskalowanie konfliktu niż szybkie i rozsądne rozwiązanie sprawy.
W sporach masowych może to prowadzić do przesunięcia akcentów z interesu ochronnego na interes transakcyjny. Jeżeli ekonomika prowadzenia spraw opiera się równolegle na success fee, kosztach zastępstwa procesowego oraz seryjnym prowadzeniu podobnych postępowań, powstaje bodziec do podtrzymywania ścieżki procesowej także tam, gdzie systemowo korzystniejsze byłyby rozwiązania szybsze: ugody sektorowe, decyzje administracyjne o skutku szerszym niż jednostkowy albo silne ADR w sprawach indywidualnych. Widzimy tu strukturalną cechę modelu: im bardziej państwo uzależnia realną ochronę od procesu sądowego, tym bardziej otwiera przestrzeń do ekonomicznego zagospodarowania konfliktu na linii konsument – przedsiębiorca.
W polskim systemie ochrony konsumenta sąd zbyt często staje się domyślnym gestorem sporu, a zarazem domyślną odpowiedzią na problem, który wcale nie powinien trafiać na wokandę. Taki model nie służy ani konsumentowi, ani państwu
Z punktu widzenia polityki ochrony konsumenta jest to zjawisko niepożądane z trzech powodów. Po pierwsze, może ono wzmacniać selektywność ochrony, bo większą uwagę zyskują sprawy o wysokim potencjale procesowym, a niekoniecznie te o największym znaczeniu społecznym. Po drugie, część korzyści ekonomicznej związanej z dochodzeniem roszczeń zostaje przesunięta z konsumenta na koszty obsługi sporu, co jest szczególnie widoczne tam, gdzie obok umownego wynagrodzenia premiowego pojawia się również oczekiwanie rozliczenia kosztów zastępstwa procesowego. Po trzecie, model ten może pośrednio utrwalać zaległości sądowe, skoro spory powtarzalne zamiast trafiać do kanałów zbiorczych lub odformalizowanych są reprodukowane w setkach albo tysiącach indywidualnych postępowań.
I nie chodzi tu o krytykę dochodzenia roszczeń przez profesjonalnych pełnomocników ani o kwestionowanie prawa konsumenta do reprezentacji przez pełnomocnika, lecz o wskazanie, że państwo nie powinno projektować systemu ochrony tak, aby ekonomicznie najbardziej racjonalne było eskalowanie sporu sądowego. W dobrze zaprojektowanym modelu instrumenty sądowe powinny być najsilniejsze, ale zarazem najmniej potrzebne w typowych sprawach, ponieważ wcześniejsze ogniwa systemu powinny skutecznie zatrzymywać naruszenie systemowo i jednocześnie dostarczać ochrony indywidualnej bez konieczności inicjowania procesu.
Czytaj więcej
Rozpatrywanie spraw frankowych w sądach ma szansę przyspieszyć, ale i tak część kredytobiorców zarzuca nowym regulacjom „faworyzowanie banków”. Z p...
Możliwe alternatywy dla indywidualizacji problemów systemowych
Dominacja modelu sądowego prowadzi w praktyce do „oddania” problemu systemowego do rozstrzygnięć w sprawach jednostkowych. Oznacza to, że to pojedynczy konsument ma stać się nośnikiem zmiany rynkowej, ponosząc koszty i ryzyka, które w państwie prawa powinny być w większym stopniu przejęte przez instytucje publiczne i wyspecjalizowane mechanizmy pozasądowe.
Alternatywa nie polega na eliminacji prawa do sądu, lecz na odwróceniu hierarchii instrumentów. Sąd powinien być środkiem końcowym, natomiast rdzeniem systemu powinny stać się przede wszystkim narzędzia administracyjne (sfera interesów zbiorowych) oraz silny i łatwo dostępny ADR (sfera interesów indywidualnych).
Po pierwsze, wzmocniony model administracyjno-regulacyjny. Pierwszym kierunkiem jest przesunięcie ciężaru z egzekwowania indywidualnego na egzekwowanie publiczne. UOKiK już dziś może przeciwdziałać praktykom naruszającym zbiorowe interesy konsumentów i zakazywać ich stosowania, ale nie ma obowiązku wszczynania postępowania w każdej sprawie. Wymaga to rozważenia bardziej przejrzystych kryteriów priorytetyzacji, poszerzenia katalogu przesłanek obligatoryjnego wszczęcia postępowania, szybszych środków tymczasowych i mocniejszego wykorzystania narzędzi zapewniających zaspokojenie wszystkich dotkniętych danym naruszeniem konsumentów (np. rekompensaty publicznej).
Po drugie, silniejszy ADR. ADR pozwala rozwiązywać spory, których konsumenci zwykle w ogóle nie dochodziliby przed sądem. Jednocześnie Komisja Europejska i ustawodawca unijny uznały, że dotychczasowy system ADR był niedostatecznie wykorzystywany i wymaga modernizacji, dlatego nowa dyrektywa 2025/2647 przewiduje m.in. wzmacnianie zachęt do uczestnictwa oraz ściślejszą współpracę ADR z organami egzekwującymi prawo.
Po trzecie, skuteczne mechanizmy łączenia i obsługi sporów masowych. Nowa dyrektywa ADR wprost przewiduje możliwość łączenia spraw dotyczących konsumentów dotkniętych tą samą nielegalną praktyką (case bundling). To rozwiązanie jest szczególnie ważne dla polskiego rynku finansowego, na którym znaczna część sporów ma charakter seryjny: ten sam wzorzec umowy, ten sam model opłat, ta sama praktyka banku lub ubezpieczyciela. Pozwoliłoby to zachować indywidualizację tam, gdzie jest konieczna, ale usunąć zbędne powtarzanie identycznej pracy instytucjonalnej.
Po czwarte, uruchomienie niewykorzystywanego obecnie potencjału powództw grupowych i przedstawicielskich. Jeżeli konsument ma trafiać do sądu, to właśnie w takim formacie. Tymczasem w Polsce powództwa grupowe i przedstawicielskie pozostają jednym z najbardziej niewykorzystanych narzędzi. W efekcie mechanizm, który miał zbierać wiele podobnych spraw w jedno postępowanie, wciąż zbyt często przegrywa z logiką indywidualnego procesu albo z całkowitym zaniechaniem dochodzenia roszczeń. Obecny model wciąż w dużej mierze opiera się na logice opt-in, czyli na konieczności aktywnego przystąpienia konsumenta do sprawy. Rozwiązanie to wzmacnia autonomię jednostki, ale przy sprawach masowych bywa zarazem główną barierą efektywności, ponieważ część konsumentów nie ma wiedzy o postępowaniu, nie reaguje na komunikaty albo uznaje formalności za niewspółmierne do wartości indywidualnego roszczenia.
Czytaj więcej
– Mam wrażenie, że część przedstawicieli sektora finansowego najbardziej oburzyło nie samo słowo „banksterka”, ale to, że ktoś odważył się nazwać p...
Dlatego zasadne jest rozważenie dalszego uproszczenia postępowania grupowego i przedstawicielskiego. W sprawach konsumenckich o charakterze masowym należałoby zmniejszyć formalizm związany z tworzeniem grupy, standaryzacją roszczeń i wstępną kontrolą dopuszczalności, a także szerzej dopuścić modele oparte na wspólnej podstawie prawnej lub wspólnym mechanizmie naruszenia. Taki kierunek odpowiada wszak funkcji tych instrumentów. Model opt-out mógłby istotnie zwiększyć realny zasięg kompensacji tam, gdzie największym problemem nie jest brak podstaw prawnych, lecz bierność informacyjna i koszt organizacyjny po stronie rozproszonej grupy poszkodowanych.
Autor jest dr. nauk prawnych, rzecznikiem finansowym, wykładowcą na UMK w Toruniu