Frekwencja – przedstawiana jako święty graal życia publicznego – bywa traktowana wybiórczo. Gdy chodzi o wybory parlamentarne czy prezydenckie, słyszymy nieustannie: „idź na wybory”, „twój głos ma znaczenie”, „to obywatelski obowiązek”. I rzeczywiście – w ostatnich latach frekwencja rośnie. Tyle że to raczej efekt polaryzacji niż merytorycznej debaty.
Ale wystarczy zmienić kontekst – i ta sama frekwencja przestaje być wartością.
Prezydent Krakowa demobilizuje wyborców
W Krakowie prezydent, mierząc się z referendum odwoławczym, nie mobilizuje wyborców. Zachęca ich, by zostali w domu. „Naszym zwycięstwem będzie niska frekwencja” – to nie tylko taktyka, ale objaw systemowej słabości prawnych rozwiązań – mechanizmu, który wykorzystuje bierność, jakby była cnotą obywatelską. Demokracja, która na co dzień ma opierać się na uczestnictwie, w sytuacji próby może premiować bierność.
Różne sprawy różna frekwencja i matematyka
Referendum odwoławcze wymaga frekwencji na poziomie ok. 3/5 uczestników wyborów, podczas gdy „zwykłe” referenda lokalne – 30 proc. uprawnionych do głosowania. Różnica niewielka w teorii, ale może, choć nie musi, być zasadnicza w praktyce matematycznych obliczeń poszczególnych przypadków. Bo może być tak, że w sprawach lokalnych – choćby uciążliwej inwestycji – trzeba zmobilizować dużą część obywateli w porównaniu do tych, którzy wzięli udział w wyborach samorządowych. W sprawie odwołania władzy może wystarczyć zniechęcić innych do udziału i system sam zaczyna premiować status quo.
Obrońcy tego rozwiązania powiedzą: chodzi o stabilność i ochronę przed „aktywną mniejszością” zamierzającą narzucić swoją wolę. Problem w tym, że w praktyce prowadzi to do odwrócenia sensu demokracji bezpośredniej. Zamiast sporu na argumenty mamy konkurs na to, kto skuteczniej zniechęci obywatela do głosowania.
Źródła tej logiki są zrozumiałe. Przy niskiej frekwencji w wyborach samorządowych uznano, że referenda lokalne trzeba „ułatwić”, oznaczając próg na 30 proc. Mniej emocji, więcej merytoryki – trudniej o mobilizację.
Czytaj więcej
Kraków stoi przed politycznym testem – już 24 maja mieszkańcy zdecydują o przyszłości prezydenta i całej Rady Miasta. W rozmowie z Michałem Kolanką...
Może obniżyć frekwencję w referendach lokalnych?
Skoro o sprawach publicznych może decydować relatywnie niewielka grupa, reszta dostaje jasny sygnał: nie pójdę na referendum, zdecydują za mnie inni. Ale i brak udziału można odczytać nie tylko jako obojętność, ale jako milczącą zgodę. To co, może obniżyć progi frekwencji? Może to jednak wpłynęłoby na podniesienie frekwencji, bo w referendach lokalnych może chodzić nie o osobę, ale o konkretny problem ważny dla ludzi. Perspektywa, że mniej głosów niż przy wyborach może zdecydować o namacalnym zagadnieniu, podziała na wielu bardzo mobilizująco. Może to być iskra, która rozpali ogień zaangażowania.
Czytaj więcej
Referendum w sprawie odwołania Aleksandra Miszalskiego (KO) z urzędu prezydenta Krakowa odbędzie się 24 maja – postanowił komisarz wyborczy w Krako...
Niestety, na przykładzie Krakowa widzimy, że w demokracji można stanąć na stanowisku, że najskuteczniejszą formą działania bywa jego brak. Nie trzeba przekonywać – wystarczy przeczekać.
Każdy system, w którym można namawiać do absencji, prędzej czy później podkopuje demokrację. A wtedy pytanie przestaje brzmieć: kto np. wygra referendum. Zaczyna brzmieć: ilu obywateli jeszcze wierzy, że warto iść głosować nie tylko pod wpływem rozgrzanych do czerwoności emocji przy wyborach parlamentarnych i prezydenckich.
Czytaj więcej
- Dziś widzę, których błędów mogłem uniknąć. Mogłem lepiej się komunikować, położyć nacisk na inne rzeczy, niż kładłem. Człowiek uczy się na własny...