Kiedy matematyka spotyka się z polityką, proste równania stają się wyjątkowo skomplikowane. Analizując ustawę budżetową na 2026 r. oraz koszty obietnic wyborczych, trudno oprzeć się wrażeniu, że polski system podatkowy jest dość absurdalny. Warto zwrócić uwagę, że łączny przychód z podatku dochodowego od osób fizycznych (PIT) zaczyna przewyższać pożytki. Jest niższy niż podniesienie kwoty wolnej do 60 000 zł. Czy zatem nie nadszedł czas, by zamiast reformować, po prostu usunąć PIT?
Fiskalna fikcja?
Spójrzmy na liczby, bo one – w przeciwieństwie do interpretacji podatkowych – rzadko kłamią. W ustawie budżetowej planowane łączne wpływy z podatku PIT do budżetu państwa oscylują w granicach 32 miliardów złotych. Bezwzględnie jest to dalej dość duża kwota, robiąca wrażenie na obywatelach. Jednak dla budżetu państwa, w którym wydatki przekraczają 800 miliardów, to zaledwie kilka proc.
Co jednak dziwi jeszcze bardziej, to fakt, że z doniesień medialnych wynika, że sztandarowy postulat podniesienia kwoty wolnej od podatku do 60 000 zł kosztowałoby sektora finansów publicznych 55,9 miliarda złotych rocznie.
Jako doradca podatkowy jestem przyzwyczajony do szukania znaku równości w bilansie, ale tutaj równanie jest wyjątkowo absurdalne. Wynika z niego, że mamy system, w którym wprowadzenie jednej, społecznie oczekiwanej ulgi generuje koszt niemal dwukrotnie wyższy niż to, co Skarb Państwa finalnie zarabia na podatku PIT (po oddaniu udziałów samorządom).