Nie sposób podać daty powstania pierwszej spółki na świecie. Od wieków ludzie wpadali na pomysł, by łączyć swój kapitał i pracę dla pomnożenia dochodów, a wszystko w sposób mniej lub bardziej formalny. O takich konstrukcjach wspomina Kodeks Napoleona z 1804 r., nazywając je „współkami zysków". Etymologia słowa jest oczywista, no bo skoro kilka osób zamierzało wspólnie działać dla pomnożenia zysku, to podmiot musiał nazywać się „współką".

„Idea spółkowa" rozwinęła się w Europie na dobre w pierwszej połowie XIX w. Jej celem było to, by setki ludzi biednych i uciśnionych, jak niektórzy uzasadniali, mogło łączyć się celem prowadzenia wspólnego interesu. Słowem, zakładać przedsiębiorstwa, na które nie byłoby ich stać, gdyby mieli działać w pojedynkę. Janko Krzyżowski w swej książce „O spółkach" z 1903 r. ubolewał, że nie cieszą się one u nas takim powodzeniem jak w innych krajach, a to dlatego, że „my, Polacy, prowadzimy żywot gnuśny", w dodatku „nie oglądamy się po innych krajach wysoko rozwiniętych". Postanowił więc wydać wymienioną pozycję celem przekonania społeczeństwa do korzyści płynących z „idei spółkowej". Na początku przestrzegł wszystkich zainteresowanych przed takimi, co to będą tylko zniechęcać. Bo, niestety, „będą się zewsząd odzywać głosy złowieszcze przeróżnych puszczyków, które wszystkie będą straszyły ludzi bankructwem, utratą pieniędzy, prześladowaniem ze strony władz i tylu innemi straszkami, że niejeden z chętnych (...) się cofnie". Ale nie należy tracić odwagi. W dodatku spółki wyrabiają w ludziach umiejętność kierowania „sprawami społecznemi, decydowania o sobie, dzięki czemu otwierają się przed nimi nowe widnokręgi". Niejeden zdolniejszy, który nabył szlifu, mógłby następnie „z łatwością piastować nawet urząd ministra". Autor dodał jednak, że taka kariera możliwa jest jedynie w „państwie o zdrowym ustroju". Sądzę, że nie muszę nikomu tłumaczyć, co znaczy „państwo o zdrowym ustroju", to jest dające szanse uczciwego awansu.

Nie tylko dla zarobku

Zdaniem autora w Anglii pierwsza spółka gospodarczo-zarobkowa z prawdziwego zdarzenia powstała w 1844 r. w Rochdale. Wtedy to kilku „tkaczów falnelu" założyło takąż celem zakupu towarów spożywczych „w wielkich ilościach, a odsprzedawania ich członkom spółki w drobnych ilościach". Praktykę tę znamy i dzisiaj, wszyscy bowiem wiemy, że nabywanie towarów w ilościach hurtowych jest tańsze. W opisanym tu rozwiązaniu widać element, który dziś już nie występuję, a mianowicie założenie, że to wspólnicy powinni być odbiorcami dóbr sprzedawanych przez spółkę i w ten sposób doprowadzać do pomnożenia jej kapitału. Działania takie, zwane też konsumami, miały być konkurencją dla tradycyjnych sklepów. Dla swojego powodzenia wymagały jednak porozumienia bardzo wielu osób. Jednocześnie zakładano, że po roku działalności podzielony zostanie pierwszy „czysty zysk". Jak zapewnia autor, stanowczość i cierpliwość wspólników spółki z Rochdale „dokazała cudów", a spodziewane zyski rosły z roku na rok.

Można mieć wątpliwości, czy data powstania pierwszej spółki gospodarczo-zarobkowej podana przez Krzyżowskiego jest właściwa i skąd tak dokładna wiedza. Nie zmienia to tego, że sama jego książka „O spółkach" jest niezmiernie ciekawa, albowiem pozwala na uchwycenie istoty „ruchu spółkowego".

Cechą charakterystyczną XIX-wiecznych spółek w Europie było to, że często (choć nie zawsze) tworzyli je ludzie o przeciętnych dochodach, a także to, że ich celem nie zawsze był tylko zarobek, ale także zaspokajanie własnych potrzeb. Jako przykład podać można spółki budowlane. Ich rolą była budowa domów, które następnie miały być odsprzedawane członkom. Inny przykład to spółki rolnicze, działające np. w Niemczech, których celem było wspólne magazynowanie i sprzedaż zboża, hodowla bydła na masową skalę, uprzemysłowienie produkcji czyli wspólny zakup drogich, nowoczesnych narzędzi. W naszym kraju rolnictwo było zbyt ubogie, by chłopi mogli sobie pozwolić na takie formy zaawansowanej kooperacji, natomiast ziemiaństwo zbyt konserwatywne na przyjmowanie nowinek ekonomicznych z Zachodu na masową skalę.

Zamiast pończochy i łóżka

Inny przykład, tym razem dotyczący także terenu Polski, to spółki oszczędnościowo-pożyczkowe, zwane też bankami ludowymi, które pozwalały ratować ludność „ze szponów przeróżnych lichwiarzy", jak poetycko ujął to autor książki. Dzięki ich „błogiej działalności dobrobyt w kraju się wzmagał", a ludność uczyła się „punktualnie opłacać procenta". W dodatku banki ludowe dawały możliwość bezpiecznego oszczędzania, a nie – jak to dawniej bywało – trzymania oszczędności „w pończosze i ukrywania w łóżku", gdzie lada chłystek mógł je przywłaszczyć. Niestety, zdecydowanie gorzej rozwój tego typu podmiotów przedstawiał się w Królestwie Polskim, gdzie „niedźwiedzia łapa rządu rosyjskiego ciąży na nich jak zmora i nie pozwala im na rozwijanie się".

W Galicji natomiast sporą popularnością w pożyczaniu cieszył się system Raiffeisena (czy mówi państwu coś ta nazwa?). Jego istotą było to, że łączył mieszkańców kilku, tj. do sześciu, miejscowości lub parafii dla wzajemnego kredytu. Natomiast tani kredyt stanowił koło zamachowe gospodarki, pomagał rolnikom w nabywaniu między innymi profesjonalnych narzędzi czy nawozów. Kolejną kategorię stanowiły spółki parcelacyjne. Niestety, wielu osób nie było stać na to, by kupować ziemię o dużym areale proponowanym przez sprzedawcę. Mogła to natomiast zrobić mająca kapitał spółka, która następnie odsprzedawała działki o mniejszej powierzchni. Autor nie wyjaśnia, czy działalność takiej spółki miała być nastawiona na sprzedaż na rzecz własnych członków, czy też na rzecz osób trzecich.

Autorka jest radcą prawnym, prowadzi bloga historyczno-obyczajowego