Ekologiczna katastrofa Odry z całą mocą pokazała skalę problemu, który tu i ówdzie wybijał już wcześniej, a systemowo nie poradził sobie z nim nikt. Mamy ustawy, przepisy karne i administracyjne, pozwalające nakładać kary na osoby cywilne i prawne, które za nic mają wspólne dobro i zanieczyszczają lasy, rzeki czy jeziora. Szwankuje jednak ich wykonywanie. A i sama sankcja nie odstrasza.

Zebrane przez Inspekcję Ochrony Środowiska czy prokuratorę dowody nie są trudne do podważenia, gdy brak monitoringu czy nadzoru nad czystością wód. Dziś podobnie – pobiera się ponoć liczne próbki wody, ale ich badanie nic nie wykazuje. Jakieś postępowanie ponoć trwa, ale nie ma pewności, czy chodzi o wyjaśnienie sprawy, czy też o jej długotrwałe wyjaśnianie, aż znajdzie się inny temat, który odciągnie uwagę opinii publicznej i mediów, a odpowiedzialność się rozmyje. Bo nie dość, że nie zapobieżono katastrofie, to jeszcze przez ponad dwa tygodnie udawano, że nic się nie stało, i mówiono, że w rzece śmiało można się kąpać.

Ignorowanie sygnałów od wędkarzy i szczucie na tych, którzy alarmowali o masie śniętych ryb w Odrze, oprócz wrażenia, że władza chce coś ukryć, ma dodatkowy wymiar: zniechęca do aktywności obywatelskiej. Znają to też aktywiści sprzeciwiający się masowej wycince lasów. Czy oni też wkrótce usłyszą, że są durniami i zdrajcami, jak ludzie niosący pomoc uchodźcom z polsko-białoruskiej granicy?

Czytaj więcej

Trucicieli wód, ziemi i powietrza kary nie dotykają

Zamiast tego słyszymy zapowiedzi zaostrzania kar, ale jakoś pomija się ważną informację, że one nie obejmą tych, którzy zatruli Odrę, bo prawo nie działa wstecz. Dlatego lepiej skupić się na egzekwowaniu tych, które już są, aby wszyscy mieli pewność, że kara ich nie ominie.

Zresztą całkiem niedawno mieliśmy okazję do zrobienia czegoś dobrego dla środowiska. W związku z unijną zmianą prawa wodnego w 2018 r. powstało przedsiębiorstwo Wody Polskie, które jako scentralizowana instytucja przejęło zadania samorządów i obowiązki krajowego oraz regionalnych zarządów gospodarki wodnej. Zmianę przeprowadzono po to, by móc korzystać z unijnych pieniędzy. Stan wód powinien być monitorowany na bieżąco i odpowiadają za to jasno wskazane w przepisach instytucje. Tak nie jest i dopiero sprawa Odry wystawiła ten problem na światło dzienne, kiedy się okazało, że na rzece jest co najmniej kilkadziesiąt nielegalnych wypustów ścieków. Co tamtędy wpuszczono w nurt rzeki? Tego nikt się nie dowie, bo przecież monitoringu nie ma.

Była też okazja, by Wody Polskie przeanalizowały wydane wcześniej pozwolenia wodnoprawne budującym domy, ale także dużym zakładom przemysłowym. Teraz wydają nowe, ale chyba bez sprawdzenia poprawności danych. W tych pozwoleniach określa się m.in., jak postępować z trującymi ściekami. Nic nie stoi na przeszkodzie, by przeanalizować pozwolenia wydane takim zakładom usytuowanym nad Odrą – od miejsca, w którym wykryto pierwsze śnięte ryby. A gdyby jeszcze to skorelować w czasie z odnotowanym przez Niemców podwyższeniem poziomu wody w Odrze? Może tą drogą coś by się udało ustalić. Tylko wtedy trzeba byłoby wyciągnąć wnioski nie tylko wobec trucicieli. Bo konsekwencje musieliby ponieść także ci, którzy zaniedbali swoje obowiązki nadzorcze. Dlatego mętna woda dla wielu wydaje się korzystniejsza.

Czytaj więcej

Trzeba powołać policję ochrony środowiska