Ministerstwo Sprawiedliwości zapowiedziało poważne zmiany w prawie spadkowym. Stosowne założenia ustawy nowelizującej kodeks cywilny z 1964 r., a w szczególności jego księgę czwartą, czyli prawo spadkowe, zostały niedawno opublikowane na stronach Rządowego Biura Legislacyjnego (vide projekt nr UD222).

Można powiedzieć: czas po temu najwyższy. Prawo spadkowe wymaga pilnego, a przede wszystkim gruntownego „remontu". Po kilkudziesięciu latach faktycznej hibernacji w czasach PRL-u (kiedy nie było czego dziedziczyć, a więc prawo sukcesyjne nie było też w praktyce szczególnie potrzebne), a następnie po ponad 30 latach narastającego zapotrzebowania na rozwiązania dopasowane do potrzeb z trudem, ale jednak bogacącego się społeczeństwa, a jednocześnie po latach jedynie drobnych, najpilniejszych „napraw", pora na „remont" bardziej generalny.

Jedynie w pewnym stopniu taki generalny charakter ma zapowiadana regulacja prawna. Trochę rozczarowuje też fakt, że na razie chodzi tylko o wstępne założenia przyszłej regulacji, nie zaś o jej bardziej zaawansowany projekt. Ten, według zapowiedzi, ma się „zmaterializować" w czwartym kwartale roku bieżącego.

Czytaj więcej

Jeden spadkodawca, dwa różne orzeczenia spadkowe - jest skarga nadzwyczajna Prokuratora Generalnego

Co do wymiany, a czego ciągle brak

Do remontu ma pójść: katalog spadkobierców ustawowych, regulacja terminu do złożenia oświadczenia o przyjęciu bądź odrzuceniu spadku w imieniu dziecka, zasady odpowiedzialności Skarbu Państwa za długi spadkowe oraz zakres przesłanek wykluczenia od dziedziczenia z powodu niegodności.

Nie słychać natomiast o dyskutowanej od lat, i już podejmowanej przez ustawodawcę (przed ponad dziesięcioma laty, niestety, nieskutecznie), darowiźnie na wypadek śmierci (donatio mortis causa), której pilną potrzebę od dawna sygnalizuje doktryna, a której dopuszczalność równie zdecydowanie, co nietrafnie – w aktualnych realiach prawnych – przesądził w jednym z orzeczeń nawet Sąd Najwyższy i nad którą prace zapowiedziała w lutym ub.r. (w odpowiedzi na interpelację poselską nr 1386) podsekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Brak też zapowiedzi na temat tzw. podstawienia powierniczego, którego użyteczność zaznaczyła się już w prawie polskim – ale jedynie w pewnym sensie i w pewnym stopniu – w ramach projektowanej instytucji tzw. fundacji rodzinnej (projekt ustawy o fundacji rodzinnej z 22 marca 2021 r., nr UD 172).

Wreszcie, co chyba nie mniej istotne, brak tu podjęcia trudnych, a niezwykle pilnych kwestii dotyczących prawa najbliższych do zachowku. Nie chodzi nawet o sprawę gruntownej zmiany jego charakteru i przestawienia na nowe tory (być może alimentacyjnej natury). Ta kwestia jest jeszcze stanowczo słabo przedyskutowana w piśmiennictwie polskim, nie można mieć zatem pretensji do prawodawcy, że jej nie podejmuje.

Pilnie potrzebne są natomiast dostosowania istniejących unormowań – tkwiących jeszcze głęboko w minionych realiach PRL-u – do aktualnych warunków prawnych, a w szczególności gospodarczych. Mam tu na myśli sprawę tzw. uprzywilejowanego zachowku (a więc uprawnienia do domagania się zachowku w zwiększonej – do dwóch trzecich udziału – wysokości, jeśli uprawniony jest niezdolny do pracy). Nie wiadomo np., dlaczego przepis ten ciągle odwołuje się jedynie do pracy najemnej jako kryterium zwiększenia „przymusowego udziału" w spadku, pomija natomiast to, że w dzisiejszych realiach wiele osób zupełnie nieźle utrzymuje się z działalności gospodarczej, a czasem czerpie po prostu dochody z kapitału. W jednym i drugim przypadku alimentacyjne przecież prawo do zwiększenia należnego zachowku jest czymś absurdalnym i oczywiście niesprawiedliwym. Zmiana tego kuriozum nie wymaga natomiast jakiejś szczególnej ekwilibrystyki ze strony prawodawcy i może być pilnie podjęta.

Nie ma też w projekcie żadnego sygnału dążenia prawodawcy do urealnienia konstrukcji wydziedziczenia. Tymczasem ta ściśle skorelowana z zachowkiem figura prawna wymaga zmian, aby stać się praktycznie dostępna dla spadkodawców.

W końcu w zapowiedzi projektu trudno doszukać się chociażby wzmianki na temat woli przecięcia innego „węzła gordyjskiego" polskiego prawa spadkowego. Chodzi mianowicie o możliwość sądowego oddalenia żądania zapłaty zachowku. Nikogo nie trzeba przekonywać, że czasem jego domaganie się jest szczególnie niewłaściwe. A przepisów brak. Rzecz wywołuje usilne poszukiwania Sądu Najwyższego. Jak dotąd, mimo wielu już prób i przynajmniej czterech różnych, zaproponowanych przez judykaturę koncepcji, nie udało się problemu rozwiązać. Także tu nie tylko wskazana, ale niezbędna jest pilna interwencja prawodawcy. A wystarczyłoby proste odesłanie do instytucji niegodności.

Mimo to zapowiedź chociażby pewnych zmian budzi nadzieję na podjęcie „koniecznych napraw", a także – jak przy każdym remoncie – na rozszerzenie ich zakresu.

Słuszna jest propozycja przedmiotowego ograniczenia odpowiedzialności spadkobiercy przymusowego (Skarbu Państwa, gminy) do masy odziedziczonego majątku. Także wyraźne wskazanie uporczywego uchylania się od alimentowania będącego w potrzebie spadkodawcy jako przyczyny niegodności dziedziczenia nie zaszkodzi.

W proponowanych zmianach nieudana jest natomiast próba rozwiązania problemu dochowania terminu do złożenia oświadczenia o przyjęciu bądź odrzuceniu spadku przez rodziców małoletniego spadkobiercy. Szczególnie zaś nietrafiona i zaskakująca jest zapowiedziana zmiana kręgu spadkobierców ustawowych.

Węzeł gordyjski nie do końca przecięty

Ministerstwo postanowiło wreszcie przeciąć prawdziwy „węzeł gordyjski", wywołujący nieznośny klincz pomiędzy wymogami prawa spadkowego a pryncypiami prawa rodzinnego. Chodzi o konieczność uzyskania zezwolenia sądu opiekuńczego na przyjęcie bądź odrzucenie spadku w imieniu dziecka (art. 101 § 3 kodeksu rodzinnego i opiekuńczego) w dyscyplinującym terminie wyznaczonym treścią art. 1015 k.c. Powszechnie wiadomo, że nie jest to realne. Nawet jeśli niezwykle staranni rodzice złożą wniosek o zezwolenie już w pierwszym dniu po rozpoczęciu biegu sześciomiesięcznego terminu, zwykle nie zdążą; a właściwie trzeba raczej powiedzieć: zwykle sąd nie zdąży.

Jako remedium proponowane jest zawieszenie biegu terminu na czas postępowania o uzyskanie zezwolenia sądu na rodzicielską czynność przyjęcia bądź odrzucenia spadku oraz dodatkowo przekazanie tych spraw do jurysdykcji sądu spadku.

O ile samo podjęcie problemu powitać należy z wielkim aplauzem, o tyle zaproponowany sposób jego załatwienia entuzjazmu nie wywołuje. To ewidentnie „dwa grzyby w barszcz".

Skoro sprawy o uzyskanie zezwolenia sądu mają odtąd toczyć się przed sądem spadku, który jest także „adresatem" oświadczenia o przyjęciu bądź odrzuceniu spadku, to zupełnie zbędne jest „zawieszanie" biegu sześciomiesięcznego terminu do złożenia oświadczenia.

Dotąd przecież problem tkwił właśnie w tym, że były dwa oddzielne postępowania i dwa różne sądy (opiekuńczy i sąd spadku). Przy tym sąd spadku mógł „działać" dopiero po zakończeniu sprawy przez sąd opiekuńczy. Obecnie będzie jeden sąd i – jak należy przypuszczać – jedno postępowanie, w ramach którego sąd udzieli zezwolenia (lub nie) i przyjmie (bądź nie) oświadczenie w sprawie spadku. Ewentualna przewlekłość jego procedowania nie będzie rodziła negatywnych skutków z perspektywy terminu (z art. 1015 k.c.), skoro powszechnie przyjmuje się, że do jego zachowania wystarczające jest już samo złożenie wniosku w sądzie spadku.

Nota bene nie może być wątpliwości, że projektodawcy chodzi o stworzenie jednolitego postępowania przed sądem spadku, chociaż z zapowiedzi nie wynika to wprost. W przeciwnym razie (a więc jeśli obstawać przy rozdzielności obu procedur) przenoszenie spraw o udzielenie zezwolenia na rodzicielską czynność zarządu majątkiem dziecka do sądu spadku nie miałoby sensu. Wyspecjalizowany w sprawach rodzinnych sąd opiekuńczy zrobi to lepiej.

Skoro więc postępowanie jednolite, to po co jeszcze „drugi grzyb", czyli zawieszenie biegu terminu?! Albo jedno, albo drugie, ale zdecydowanie nie łącznie.

Czytaj więcej

Testament
SN: Zapis w testamencie nie może godzić w najbliższych

Między państwem a rodziną

Ograniczenie kręgu spadkobierców ustawowych, a więc osób dochodzących do dziedziczenia wówczas, gdy brak jest testamentu (a ściślej: ważnego testamentu), ma być sposobem na przewlekłość procedowania sądów spadkowych. Sprawność sądową ma zapewnić odcięcie od „rodzinnego pnia" krewnych wprawdzie prima facie rzeczywiście nie najbliższych, jednak przecież ex definitione bliższych zmarłemu niż obcy albo niż instytucja państwa (jako spadkobiercy przymusowego). Jeśli nie więzy emocjonalne to przynajmniej więzy krwi do wniosku o „większej bliskości" przekonują. Zresztą przy tzw. dziedziczeniu ustawowym pod uwagę brane są wyłącznie te drugie (czyli więzy krwi).

W aktualnym stanie prawnym rzecz ma się tak, że jeśli po wnukach dziedziczyć mieliby dziadkowie, którzy jednak otwarcia spadku nie dożyli, w ich miejsce wejdą kolejno ich dzieci, ich wnuki, ich prawnuki i wreszcie praprawnuki oraz bez ograniczenia dalsi jeszcze descendenci (zstępni). Oczywiście, dziedziczą nie wszyscy razem, lecz „po kolei". Ministerstwo proponuje, aby „dla wygody sądu" skończyć na wnukach dziadków.

Propozycja jest zdecydowanie chybiona, co widać szczególnie dobrze, gdy zestawić ją z tym, jak urządzili to inni prawodawcy w naszym kręgu kulturowym. Nie trzeba sięgać daleko. Wystarczy zajrzeć do porządków prawnych najbliższych sąsiadów, aby przekonać się, że tak właśnie jest.

I tak, niemieckie sądy radzą sobie zupełnie sprawnie z dziedziczeniem po wnukach nie tylko dziadków (a w razie ich braku wszystkich ich zstępnych bez ograniczenia stopnia; § 1926 k.c. niemieckiego), ale też systemu nie rozbija dziedziczenie pradziadków (i wszystkich ich zstępnych) po prawnukach (§ 1928 k.c. niemieckiego), a nawet prapradziadków i dalszych „pra" (i ich zstępnych; 1929 k.c. niem.). Sceptyk powie, że to przypadek szczególny. Niemiecka „biurokracja" znana jest ze swej sprawności. Można na to odpowiedzieć: również inni sąsiedzi dobrze radzą sobie z szerokim kręgiem spadkobierców.

Podobnie przecież rzecz ma się w prawie austriackim. Także tu dziedziczą nie tylko dziadkowie, a w ich braku uprawnieni są wszyscy ich zstępni (§ 731 ust. 3 k.c. austriackiego), ale także pradziadkowie (§ 731 ust. 4).

Szeroki krąg spadkobierców ustawowych nie zawadza prawodawcy i sądom czeskim. Również tu do dziedziczenia mogą być powołani nie tylko dziadkowie, ale też pradziadkowie, ich dzieci i dalsi ich zstępni (§ 1638 k.c. czeskiego) oraz prapradziadkowie i ich dzieci (§ 1639).

Także wschodni sąsiedzi dają radę. W prawie ukraińskim dziedziczą dziadkowie i babki spadkodawcy (art. 1262 k.c. ukr.), a także wszyscy krewni spadkodawcy aż do szóstego stopnia pokrewieństwa (§ 1265 k.c. ukr.).

Trudno oprzeć się refleksji, że nawet aktualny krąg spadkobierców ustawowych jest w prawie polskim mocno okrojony. W zasadzie jest to ciągle jeszcze ten odziedziczony po epoce PRL-u. Wtedy, z powodów ideologicznych, państwo chciało możliwie szybko dojść do dziedziczenia i przejąć majątek prywatny. Fortuny nie były w modzie. Krąg spadkobierców ustawowych nie obejmował nawet dziadków, nie mówiąc o ich zstępnych. Dopiero w 2009 r. po medialnie głośnym przypadku dziedziczenia gminy przed dziadkami rzecz została w niezbędnym zakresie skorygowana przez prawodawcę. Teraz zdumiewać musi to, że demokratyczny już projektodawca zamiast ewentualnie poszerzyć zakres ochrony własności prywatnej (a co z tym ściśle związane: ochrony dziedziczenia) i rozszerzyć krąg spadkobierców rodzinnych, zawraca bieg rzeki.

Zdecydowanie nie tędy droga do podwyższenia sprawności postępowań spadkowych. O ich tempo trzeba bezwzględnie zadbać. Jednak nie kosztem likwidacji dziedziczenia ustawowego (albo, jak w aktualnej propozycji, jego części). Chociaż ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że pełne zniesienie dziedziczenia ustawowego oznaczałoby jeszcze większe ułatwienie dla sądów.

Droga do przyspieszenia postępowań spadkowych prowadzi w moim przekonaniu poprzez regulacje natury proceduralnej (k.p.c.) i organizacyjnej. Tu tkwi jeszcze sporo możliwości.

Czytaj więcej

Odrzucenie spadku: sąd nie może stawiać przeszkód spadkobiercy - wyrok Izby Kontroli Nadzwyczajnej SN

Zmiany pilnie potrzebne

Od przełomu ustrojowego w Polsce minęło z górą 30 lat. Sporo w tym czasie wybudowano i wyremontowano. Zapowiedź projektu rozbudza nadzieje na rozpoczęcie także poważniejszego remontu prawa sukcesyjnego. Inna rzecz, że przedstawiony „plan remontu" wymaga nie tylko konkretyzacji ale, co już teraz widać, również wprowadzenia istotnych korekt.

Autor jest profesorem na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, LL.M.