Sprawę primaaprilisowego żartu Radosława Sikorskiego o mianowaniu przez prezydenta 42 ambasadorów można by skwitować uśmiechem, gdyby nie kilka okoliczności, które domagają się solidnego komentarza.
O nadużywaniu do komunikacji publicznej portalu X pisałem już nieraz. Choć X zapewnia szeroki zasięg komunikowania, jest niczym innym, jak prywatną, pozostającą poza kontrolą publiczną firmą o nieprzejrzystych algorytmach. O manipulowaniu treściami na X napisano już tomy, a jego przesadnie częste używanie przez najważniejszych polityków świadczy tylko o niedorozwoju systemów jakościowej komunikacji państwowej, za co zresztą wypada obwinić ich samych. Tu stawiam wielokropek z przekonaniem, że temat jest na tyle ważny, że pilnie trzeba do niego wrócić. Ważniejsze wydaje się pytanie o sens żartu Sikorskiego.
Czytaj więcej
Szef resortu spraw zagranicznych Radosław Sikorski opublikował na platformie X komunikat, który okazał się „żartem primaaprilisowym”. „Miło mi poin...
Po freudowsku można by próbować wyjaśnić, że oto pierwszego kwietnia o poranku poczuł się na chwilę prezydentem i osobiście mianował dyplomatów. Freud Freudem, ale paradoks polega na tym, że Sikorski mógłby się codziennie budzić ze słusznym przekonaniem, że jest prezydentem, gdyby to jego, a nie partyjnego kolegę wystawiono w ostatnich wyborach. Cóż, to już niestety historia. Została po niej (na razie) tylko gorycz niepotrzebnej porażki.
Problem polega na tym, że wpis Sikorskiego na poważnie powtórzyły liczne media. Co więcej, odbił się przykrym echem w kręgu kierowników placówek, którzy od miesięcy czekają na nominacje ambasadorskie. Mieli prawo poczuć się zdziwieni
Dlaczego dowcip Radosława Sikorskiego był nie na miejscu?
Radosław Sikorski nie wylądował jednak na lodzie. Jest wicepremierem i ministrem spraw zagranicznych czterdziestomilionowego państwa, dwudziestej gospodarki świata. Czy to mało? Ano nie, na tyle dużo, że pełnienie tych ról wymaga pewnej powagi.
Wiem, że dla Radosława Sikorskiego to spory wysiłek, ale niech sam pomyśli, ile już na tej niwie dokonał. Wielokrotnie na tych łamach chwalono go, że z politycznego zagończyka („dorżnąć watahę”, „lwowska żulia”, „oszalały ramol”, „thank you USA”) stał się prawdziwym mężem stanu. Jednym z liderów unijnej dyplomacji, politykiem cytowanym przez kanclerza Niemiec, pewnie twardym kandydatem do startu w wyborach prezydenckich w 2030 r.
Czytaj więcej
Minister spraw zagranicznych, wicepremier Radosław Sikorski skomentował i ocenił spotkanie prezydenta Karola Nawrockiego z premierem Węgier Viktore...
„Żart” Radosława Sikorskiego mógł zaskoczyć kierowników polskich placówek dyplomatycznych
Czy naprawdę politykowi tej klasy przystoją dowcipy, które generują medialny chaos i zażenowanie? A trudno powiedzieć coś innego o jego primaaprilisowym wpisie. Pal sześć przeczulenie w Kancelarii Prezydenta; nie takie dowcipy im się należą. Problem polega na tym, że wpis Sikorskiego na poważnie powtórzyły liczne media. Co więcej, odbił się przykrym echem w kręgu kierowników placówek, którzy od miesięcy czekają na nominacje ambasadorskie. Mieli prawo poczuć się przynajmniej zdziwieni.
I tu dość oczywista pointa. Żart Sikorskiego był słabo ukrytym szyderstwem, które – jak każde szyderstwo – nie przybliża, a oddala rozwiązanie poważnego, państwowego problemu, jakim w tym przypadku jest współpraca prezydenta przy nominacjach ambasadorskich. Czytajcie Kunderę; nie każdy żart się opłaca.