Daria Chibner: Dlaczego kobiety nie chcą rozmawiać o prawach mężczyzn?

W sobotę w Krakowie odbył się pierwszy Kongres Mężczyzn. Chociaż podejmowane na nim tematy nie przebiły się jeszcze do mainstreamu, to prawa mężczyzn od jakiegoś czasu są już przedmiotem internetowych dyskusji. Niemniej wśród kobiet, zwłaszcza tych zaangażowanych w problematykę równościową oraz antydyskryminacyjną, widać wyraźną niechęć do podejmowania tego rodzaju zagadnień.

Publikacja: 23.04.2024 04:30

Daria Chibner: Dlaczego kobiety nie chcą rozmawiać o prawach mężczyzn?

Foto: Adobe Stock

Dyskurs równościowy oraz antydyskryminacyjny już od dawna zdominowany jest przez ducha feminizmu. Sam feminizm, wywodzący się z tzw. filozofii wyzwolenia, w dość dużym uproszeniu zakładającej, że człowiek musi zostać uwolniony od zniewalających go warunków społecznych, politycznych, klasowych itd., już od dłuższego czasu znajduje się w rozkroku między logiką rewolucyjną a próbami wprowadzania zmian w zgodzie z demokratycznymi zasadami. Naturalnie feministki bądź działaczki na rzecz praw kobiet znacznie się od siebie różnią. Niektóre z nich są bardziej radykalne, inne wciąż stawiają na dialog i edukowanie nieprzekonanych. Jednak u wielu postawa rewolucyjna istotnie wpływa na sposób myślenia. Wyraża się ona przede wszystkim w tym, że „albo jesteś z nami, albo przeciwko nam”. Inaczej mówiąc: oponent może albo przyjąć podstawowe założenia feminizmu, jego metody opisu rzeczywistości społecznej, albo jest wrogiem, przeciwnikiem, z którym z zasady nie warto dyskutować. Ewentualna dyskusja jest możliwa jedynie wtedy, gdy przyswoi się stosowną narrację.

Kobiety zawsze są ofiarami

Do tego dochodzi również „logika ofiary”. Kobiety były i są ofiarami przemocy, patriarchatu, męskiej dominacji. Nie miały łatwo, musiały walczyć o swoje prawa wszelkimi dostępnymi sposobami. Owszem w wielu przypadkach kobiety miały gorzej. Wiele trudu kosztowało je przeobrażenie nieprzychylnej im rzeczywistości społecznej. Jednakże łatwo w tym względzie popaść w radykalizm, czyli oderwać się od statystyk oraz rzeczywistych problemów na rzecz postrzegania kobiet wyłącznie jako ofiar. Nie chodzi tylko o to, że w tej optyce kobieta nie może być sprawcą przemocy bądź dyskryminacji, a przeciwne tej tezie dane są pomijane wymownym milczeniem. I nawet nie o to, że deprecjonuje się przejawy przemocy lub dyskryminacji względem mężczyzn. Rzecz w tym, że podejmując takie kwestie, jedyne na co można liczyć, to ostracyzm ze strony własnego środowiska.

Czytaj więcej

Feminizm na zakręcie. Czy bojowniczki o prawa kobiet muszą wszędzie widzieć wrogów?

I znów powracam do krążącego nad nami ducha rewolucji. Nawet jeśli organizacje na rzecz praw mężczyzn zwracają uwagę na realne problemy społeczne, wskazują na konkretne przejawy dyskryminacji, choćby statystyki, dane, i nawet jeśli sam zdrowy rozsądek zachęca do tego, aby się temu przyjrzeć, to i tak rzadko kiedy można liczyć na rzetelne podejście do tematu. Działaczki i działacze na rzecz równości, zanim przejdą do konkretów, muszą wcześniej usprawiedliwić się w oczach własnej formacji. Aby przypadkiem ktoś nie pomyślał, że są przeciwnikami kobiet. Aby komuś do głowy nie przyszło, że są aż nadto konserwatywni lub za mało radykalni. Dlatego też częściej jesteśmy świadkami ideologicznej ekwilibrystyki, a nie sumiennej rozmowy na temat problemów mężczyzn i kobiet. Bo ważniejsze jest udowodnienie tego, że „wciąż jesteśmy z wami”, że nie doszło do żadnej światopoglądowej zdrady.

Prowadzi to do kuriozalnych sytuacji. Chociażby do stosowania przez przeciwników dyskryminacji strategii, które sami już dawno temu poddali krytyce. Na przykład tzw. whataboutizmu, czyli odpierania zarzutów za pomocą wysunięcia podobnych oskarżeń w danej sprawie. Celem takiego ataku jest podważenie moralnego prawa przeciwnika do formułowania określonych zarzutów. Jeżeli ktoś stwierdzi, że mężczyźni są dyskryminowani w sądach rodzinnych, to druga strona odpowie, że większość z nich nie płaci alimentów i swoje dzieci ma w nosie. A przecież żadne z tych stwierdzeń nie zbija drugiego. Mamy kłopot zarówno z mężczyznami, którzy uchylają się od obowiązku alimentacyjnego, jak i z kobietami traktującymi dzieci jak swoją własność, wykorzystującymi je w trakcie rozwodowej batalii. Klarowne orzecznictwo sądów rodzinnych pomogłoby wszystkim, chyba że zależy nam na tym, aby realizowało też inne, bardziej ideologiczne cele.

Problemy mężczyzn są czymś realnym

Daleka jestem od tego, aby mówić, że kobiety nie chcą rozmawiać o prawach mężczyzn, bo obawiają się o stratę swoich przywilejów. Ostatecznie większość z nich istnieje głównie w głowach domorosłych teoretyków. Niemniej chyba jednak brakuje im narzędzi, aby podejść na poważnie do tego tematu. Feminizm obiecał im, że kiedy upadnie patriarchat, to i mężczyźni zostaną wyzwoleni od ciążących im oków. Ale to wcale nie jest takie proste. Zresztą jest to tylko zamiatanie bieżących problemów pod dywan. W końcu może i mężczyznom bywa trochę ciężko, ale wszystko się ułoży, jeśli „staną po naszej stronie”. Trudno liczyć, że tak się stanie, skoro feminizm bardzo długo definiował męskość w ramach opresji, ucisku i przemocy. Co więcej, poza postrzeganiem jej w skrajnie negatywnych barwach, nie zaproponował żadnej pozytywnej definicji. Poza jakimiś ogólnikami i frazesami, postulującymi większą wrażliwość i emocjonalność. Zero konkretów, poczekajcie jeszcze trochę, a wszystko się ułoży. Tyle tylko, że z pewnymi sprawami czekać nie można.

Nikomu przecież nie wpadłoby do głowy twierdzić, że kobiety częściej bywają ofiarami przemocy fizycznej, bo są z natury słabsze i po prostu nie potrafią się bronić, a zatem powinny zainwestować w jakiś kurs sztuk walki

Mężczyźni częściej popełniają samobójstwa, w większym stopniu dotyka ich problem bezdomności, łatwiej popadają w uzależnienia, mają problemy z nauką w szkole, a pomoc społeczna dla samotnych ojców praktycznie nie istnieje. Kiedy dochodzą do mnie głosy, że to ich wina, ponieważ z natury mają skłonność do niebezpiecznych zachowań, a tak właściwie, to przecież więcej piją i ze swej istoty są przemocowcami, przez co tracą dobytek albo dopada ich depresja, jestem po prostu zszokowana tak wyraźnym brakiem empatii i zrozumienia. Do tego udziela im się „dobrych rad” sprowadzających się do tego, że „muszą się ogarnąć”, więcej pracować, „lepiej sobie radzić”, „czymś się zająć”, może w coś zainwestować. Nikomu przecież nie wpadłoby do głowy twierdzić, że kobiety częściej bywają ofiarami przemocy fizycznej, bo są z natury słabsze i po prostu nie potrafią się bronić, a zatem powinny zainwestować w jakiś kurs sztuk walki. Bo z zasady uznaje się, że źródłem kobiecych problemów jest systemowa opresja, a mężczyźni miewają „kłopoty” wyłącznie ze swojej winy. Przy okazji, jak zaczynają się obruszać na taki stan rzeczy, żądają systemowych rozwiązań, to tylko z czystej złośliwości (a nawet nienawiści) względem kobiet i wyłącznie po to, aby im dopiec.

Czytaj więcej

Panie na lewo, panowie na prawo. Poglądy kobiet i mężczyzn coraz bardziej rozbieżne. Dlaczego?

Wszystko to wynika z przyjęcia pewnego założenia, głoszącego że rozprawienie się z nierównościami względem kobiet automatycznie naprawi każdą społeczną dyskryminację. Niestety, tak łatwo nie będzie. W końcu nie wszystkie problemy wypływają z tego samego źródła. Jednak dostrzeżenie tego, to wciąż zbyt mało. Trzeba na poważnie przyjrzeć się mężczyznom i nie traktować z góry tego, z czym się borykają. Może to zrobić także ruch feministyczny, jeśli rzetelnie przemyśli pojęcie „męskości”. Ale gdy jego działaczki będą uważać, że nie jest to potrzebne, bo nowa męskość narodzi się samoistnie, to cały ruch na rzecz równości stanie się po prostu farsą i będzie popadać w coraz to większe sprzeczności. Bo trudno z powagą przyjmować wypowiadane na jednym oddechu słowa, że kobiet do heroizmu zmuszać nie można, ale mężczyzn już tak, zwłaszcza gdy mówimy o obronie ojczyzny. Jeśli padają wypowiedzi o tym, że mężczyźni mają się nie mazać i nie zachowywać jak chłopcy, to chyba nie wypada się obruszać, gdy ktoś stwierdza, że kobiety mają nie narzekać, tylko niech się wezmą do rodzenia dzieci? Inaczej będzie to jaskrawy przykład moralności Kalego.

Walka z nierównością nie może pomijać mężczyzn

Lata występowania nierówności między kobietami i mężczyznami nie mogą usprawiedliwiać przymykania oczu na te przejawy dyskryminacji, z którymi przyjęty przez nas światopogląd nie za bardzo sobie radzi. Nie wiem, czy taka postawa wypływa z rewanżyzmu, czy z obawy, że nasze przekonania mogą się nie ostać w ogniu krytyki. A przecież nie idzie o to, kto bardziej cierpi lub kto ma większe moralne prawo do cierpienia. Naszym celem powinna być raczej chęć stworzenia jak najbardziej sprawiedliwego społeczeństwa, gdzie problemy danej grupy będą rozwiązywane, a nie zbywane. A także takiego, gdzie nikt nie będzie się bał poruszać niektórych tematów z obawy przed tym, że zostanie napiętnowany w swojej ideologicznej bańce. Musimy w końcu zdecydować, czy ważniejsze jest dla nas zdobycie poklasku u tych, co myślą podobnie, czy jednak wolimy rozwiązywać realne problemy zwykłych ludzi. Można dalej nie chcieć rozmawiać o pewnych sprawach w imię „wyższej konieczności”, dla „dobra sprawy”, żeby tylko uratować wyznawane przez nas idee. Ale bardzo szybko się to na nas zemści, obracając w niwecz ważne dla nas wartości.

Czytaj więcej

Ipsos: „Równouprawnienie nam zagraża” – uważa niemal co drugi mężczyzna w Polsce

Rozumiem tylko jeden rodzaj strachu kryjący się za niechęcią do mówienia o prawach mężczyzn. Ten, który wynika z lęku, że ci, którzy podnoszą te tematy, są tak naprawdę przedstawicielami tzw. internetowej manosfery, gdzie za wszystkie męskie problemy obwinia się kobiety oraz krwiożerczy feminizm. Ale dlatego tym bardziej trzeba rozmawiać z tymi, którym daleko do takich postaw, a nie wrzucać ich do jednego worka z napisem „wrogowie kobiet”. W sporach światopoglądowych taktyka oblężonej twierdzy mało komu pozwoliła wygrać. Ratuje ona wyłącznie nasze dobre samopoczucie, pozwalając wierzyć, że zawsze mamy rację, bez względu na wszystko. A chyba nie chcemy żyć w świecie, gdzie rozwiązywanie problemów społecznych stanowi jedynie przykrywkę, dzięki której będziemy mogli poczuć się lepsi od innych ludzi.

Dyskurs równościowy oraz antydyskryminacyjny już od dawna zdominowany jest przez ducha feminizmu. Sam feminizm, wywodzący się z tzw. filozofii wyzwolenia, w dość dużym uproszeniu zakładającej, że człowiek musi zostać uwolniony od zniewalających go warunków społecznych, politycznych, klasowych itd., już od dłuższego czasu znajduje się w rozkroku między logiką rewolucyjną a próbami wprowadzania zmian w zgodzie z demokratycznymi zasadami. Naturalnie feministki bądź działaczki na rzecz praw kobiet znacznie się od siebie różnią. Niektóre z nich są bardziej radykalne, inne wciąż stawiają na dialog i edukowanie nieprzekonanych. Jednak u wielu postawa rewolucyjna istotnie wpływa na sposób myślenia. Wyraża się ona przede wszystkim w tym, że „albo jesteś z nami, albo przeciwko nam”. Inaczej mówiąc: oponent może albo przyjąć podstawowe założenia feminizmu, jego metody opisu rzeczywistości społecznej, albo jest wrogiem, przeciwnikiem, z którym z zasady nie warto dyskutować. Ewentualna dyskusja jest możliwa jedynie wtedy, gdy przyswoi się stosowną narrację.

Pozostało 91% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Opinie polityczno - społeczne
Arkadiusz Stempin: Niemiecka demokracja w kryzysie. Czy Niemcy uchronią ją przed erozją od środka?
Opinie polityczno - społeczne
Jacek Nizinkiewicz: Dlaczego PiS chce ukryć problemy, których lawinowo przybywa
Opinie polityczno - społeczne
Zuzanna Dąbrowska: Odwołana rewolucja w KRS
Opinie polityczno - społeczne
Łukasz Warzecha: Kto tu jest populistą?
Opinie polityczno - społeczne
Ks. Mirosław Tykfer: Na granicy z Białorusią wciąż umierają ludzie