Należę do pokolenia obywateli PRL, któremu w szkole wbijano do głów, że NATO to imperialistyczna organizacja wojskowa, kierowana przez głodnych krwi amerykańskich kapitalistów i niemieckich rewizjonistów. Straszono nas w szkołach amerykańskimi pershingami wycelowanymi w polskie miasta. Ronald Reagan był przedstawiany jako mroczny krzyżowiec powojennego neokolonializmu, guru światowego wyzysku, anioł śmierci burzący pokój na świecie. Grożono tak z gazet, radia i tych dwóch – pożal się Boże – kanałów telewizyjnych, które w peerelowskim skansenie służyły za okno na świat. Wbijano nam do łbów, że naszym najlepszym przyjacielem jest kordialny i zawsze ofiarny człowiek radziecki.
Czytaj więcej
Na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego prezydent Andrzej Duda powiedział, że zaproponuje, by państwa NATO zwiększyły wydatki na obronność do...
Fenomenalny blef Ronalda Reagana o obronie przeciwrakietowej krajów NATO
Nigdy nie zapomnę lekcji sprzed blisko 41 lat. To był 24 marca 1983 r. Nauczyciel historii, emerytowany podoficer LWP, dobry, ale mocno ogłupiony komunistyczny ideowiec, postanowił przeprowadzić „szkolenie” o tym, jak należy się zachować, kiedy amerykański pocisk nuklearny trafi w Warszawę. Moja szkoła znajdowała się jakieś 7 km od centrum miasta, a ten naiwny człowiek uczył nas, że w czasie nuklearnej detonacji należy się schować pod ławkę i zamknąć oczy, a kiedy będzie już po wszystkim, grzecznie udać się do szatni.
Minęły cztery dekady, a mnie wspomnienie tej lekcji wciąż niezmiennie niepokoi. Towarzysz pedagog nie bez powodu wybrał to „szkolenie” właśnie wtedy. Dwa dni wcześniej, 23 marca 1983 r., w skierowanym do narodu orędziu telewizyjnym prezydent USA Ronald Reagan zapowiedział budowę strategicznej obrony przeciwrakietowej krajów NATO przed atakiem balistycznym ze strony ZSRR. Dziś wiemy, że był to fenomenalny blef administracji Reagana, który wywołał oczekiwany chaos w obozie przeciwnika. Grono starców zasiadających w Biurze Politycznym KPZR mimo swojej daleko posuniętej sklerozy wpadło w nieskrywaną panikę. Świadczyła o tym chociażby odnotowana przez FBI niezwykła aktywizacja sowieckiej siatki szpiegowskiej w USA. Dzięki temu amerykański kontrwywiad namierzył wielu uśpionych szpiegów.
Czytaj więcej
35 lat temu, 23 marca 1983 roku, w skierowanym do narodu orędziu telewizyjnym prezydent Stanów Zjednoczonych Ronald Reagan zapowiedział budowę stra...
Dwa oblicza amerykańskiej Polonii
Ciekawe, jakby zareagował wspomniany nauczyciel, gdyby się dowiedział, że jego uczeń dziesięć lat później będzie aktywnie uczestniczył za oceanem w lobbowaniu za przyjęciem Polski do NATO. O Polonii amerykańskiej można mówić różnie. Dominuje w niej typ osobowości Jaśka Pawlaka, co do Ameryki uciekł z Krużewnik przed Kargulową kosą. Znałem wielu takich – nazwijmy to – „rustykalnych” Polonusów. To było środowisko, w którym naprawdę ciężko było się odnaleźć komuś ze starej warszawskiej rodziny. Na szczęście byli też nieliczni już przedstawiciele emigracji wojennej, których los rzucił za ocean.
Czytaj więcej
Nasz akces do sojuszu był wykorzystaniem krótkiej chwili historycznej koniunktury – piszą byli urzędnicy KPRM za rządów Jerzego Buzka.
Do takich ludzi należał Jan Nowak-Jeziorański i inni intelektualiści starej daty o nienagannych przedwojennych manierach, których miałem zaszczyt poznać. To, co na pierwszy rzut oka odróżniało ich od Polonii zarobkowej epoki PRL i lat 90., to nienaganna polszczyzna, której nigdy nie mieszali z angielskim, uznając takie zachowanie za przejaw prowincjonalnych kompleksów i ubóstwa intelektualnego. Zawsze o tym pamiętam i przestrzegam tej zasady. Języki mieszają bowiem ci, którzy najczęściej w żadnym nie mają nic do powiedzenia.
Byłoby jednak niesprawiedliwością uznać, że ta amerykańska Polonia, tak silnie prowincjonalna i bezładna, nie jest środowiskiem patriotów. Nikt, kto nie był emigrantem, nie potrafi zrozumieć uczuć do własnej ojczyzny człowieka zmuszonego przez los do wyboru innego kraju do życia. Tęsknota za domem jest uczuciem, którego nie umie uleczyć czas. Polonusi to ludzie, którzy naprawdę kochają swoją ojczyznę, choć nie zawsze potrafią to po sobie pokazać. I to właśnie oni w kluczowym momencie dla przyszłego bezpieczeństwa tej ojczyzny przyszli jej z pomocą.
Pisaliśmy listy do kongresmenów o przyjęcie Polski do NATO
Dla dzisiejszych polskich 30-latków i osób młodszych nasze członkostwo w NATO wydaje się czymś oczywistym. Ale ja doskonale pamiętam, jak olbrzymim wysiłkiem w latach 1997–1999 było przekonanie amerykańskich prawodawców o konieczności włączenia trzech największych państw byłego bloku wschodniego do struktur obronnych Zachodu.
W tym czasie mieszkałem w stanie New Jersey i podobnie jak znaczna część Polonii amerykańskiej przyłączyłem się do akcji „zasypania” naszych przedstawicieli w obu izbach Kongresu petycjami z prośbami o głosowanie za rozszerzeniem NATO. Pisaliśmy nieliczne e-maile, ale głównie papierowe listy, co zapewne jest dziś trudne do zrozumienia. Wysyłaliśmy je tradycyjnie na poczcie lub faksem na numer biura kongresmena reprezentującego nasz dystrykt wyborczy. Namawialiśmy do tego naszych amerykańskich sąsiadów, kolegów i znajomych.
W 1999 r. istniał silny opór wśród wielu demokratów i republikanów przed rozszerzaniem sojuszu. Nie oszukujmy się, że jakiekolwiek znaczenie miało w tej sprawie poparcie, jakiego nam wcześniej udzieliły kraje Europy Zachodniej i Kanada
Ja byłem wtedy świeżo po ślubie, dorabiałem do czynszu, patrolując samochodem policyjnym olbrzymie pole przy klubie golfowym w Bloomfield w hrabstwie Essex. Choć wiedziałem, że grozi mi za to utrata pracy, nagabywałem napotkanych golfistów o podpisanie petycji skierowanej do naszego kongresmena Rodneya Frelinghuysena, reprezentującego 11. dystrykt wyborczy stanu New Jersey, o głosowanie za przyjęciem Polski do NATO. Ludzie, z którymi rozmawiałem, byli z początku zaskoczeni, ale ich reakcje były w większości bardzo sympatyczne. W pewnym momencie przybiegł do mnie menedżer klubu. Zaczął się nerwowo pytać, co ja wyprawiam. Zacząłem mu tłumaczyć. Wysłuchał mnie w ciszy, po czym wziął ode mnie petycję i ją podpisał. Okazało się, że pochodzi z Budapesztu. Uciekł z rodzicami z węgierskiej stolicy po powstaniu w 1956 r.
Po co Amerykanom było rozszerzenie NATO
W 1999 r. istniał silny opór wśród wielu demokratów i republikanów przed rozszerzaniem sojuszu. Nie oszukujmy się, że jakiekolwiek znaczenie miało w tej sprawie poparcie, jakiego nam wcześniej udzieliły kraje Europy Zachodniej i Kanada. Decyzja o przyszłości NATO, a tym samym o naszym bezpieczeństwie narodowym, miała być podjęta przez zdominowany przez republikanów Kongres. 535 przedstawicieli narodu amerykańskiego miało zdecydować o realnym wzmocnieniu obronności blisko 50 mln ludzi żyjących w Europie Środkowej.
Wiązały się z tym olbrzymie wydatki, które mieli ponieść głównie podatnicy amerykańscy. A przecież wydawało się, że Rosja nie jest już groźna, że to stary, grzeczny miś, któremu wypadły zęby i pazury. Większy niepokój budziły u prawodawców ruskie gangi na Florydzie i w Kalifornii. Świat wydawał się jednobiegunowy, prosty, ostatecznie wyzwolony spod sowieckiego szantażu. Rosja miała większe problemy niż utrata kontroli nad były sowieckimi republikami. Pod względem demograficznym była pacjentką umierającą z powodu powszechnego nihilizmu, alkoholizmu i narkomanii. Zimna wojna wydawała się wygrana przez Zachód. Po co Amerykanom byli potrzebni polscy, czescy czy węgierscy sojusznicy? Czy w ogóle NATO miało jeszcze jakikolwiek sens? Czy zagrożenie nie przeniosło się na Bliski Wschód? Czy nie lepiej wzmocnić Izrael?
Dwóch dywersantów w Senacie USA
I wtedy przyszła z pomocą Polonia. Najliczniejsza grupa etniczna w Ameryce, która nigdy nie miała swojego przedstawiciela w Kongresie. Ale wtedy po raz pierwszy się skonsolidowała. Polacy zasypali Kongres petycjami, prośbami i groźbami.
Amerykańscy politycy są bardzo pragmatyczni. Ze względu na wyrównany poziom poparcia dla dwu głównych partii w USA, politycy potrafią walczyć o głos choćby jednego wyborcy. Dla nich kampania zaczyna się już dzień po wygranych wyborach i nigdy się nie kończy. Nic więc tak nie obliguje ich do działania jak zbiorowe żądania wyborców.
Pamiętam ten dzień w 1998 r., kiedy my, zarówno nowi imigranci, jak i starzy Amerykanie polskiego pochodzenia, w napięciu oglądaliśmy relację telewizyjną z debaty w Senacie USA. Byliśmy oburzeni, kiedy republikanin John Warner z Wirginii i demokrata Daniel Patrick Moynihan z Nowego Jorku niespodziewanie zaproponowali poprawkę wymagającą, aby przyjęcie państw kandydujących do NATO zostało odroczone do czasu przyjęcia tych państw w skład Unii Europejskiej. To przesuwało nasze szanse na członkostwo w NATO o wiele lat.
Czytaj więcej
Szwecja formalnie przystąpiła w czwartek, 7 marca, do NATO. Premier tego kraju Ulf Kristersson przyleciał do Waszyngtonu, aby przekazać ostateczną...
Senator Moynihan uzasadniał swój pomysł tym, że trzy kraje kandydackie nie stoją przecież w obliczu żadnego zagrożenia, zatem ich priorytetem powinno być najpierw wzmocnienie instytucji demokratycznych i modernizacja gospodarki, a nie przeznaczanie cennych zasobów na wydatki wojskowe. Moynihan uważał, że dopiero członkostwo w UE pomoże im w osiągnięciu tego celu.
Wydawało się, że nasze nadzieje legną w gruzach przez dwóch ludzi. Jednak Senat odrzucił tę dywersyjną propozycję. Zrobili to ludzie, których imigranci i Amerykanie polskiego pochodzenia zasypali listami. Dzięki temu marzenia milionów Polaków żyjących w kraju i za granicą spełniły się 12 marca 1999 r. wraz z przyjęciem Polski do NATO.