Jednym z najbardziej kontrowersyjnych punktów propozycji zmian w programie nauczania dla szkół podstawowych jest zastąpienie sformułowania „ludobójstwo ludności polskiej na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej” słowami „konflikt polsko-ukraiński”. Wirtualna Polska zapytała o przyczynę tej zmiany Aleksandra Pawlickiego, współautora propozycji. Wyjaśnienie jest zadziwiające.
Czytaj więcej
- Pracuje zespól ekspercki, który zajmuje się też uszczupleniem podstawy programowej z języka polskiego. I również przyglądają się liście lektur -...
Najpierw dowiadujemy się, że nie ma w Polsce zgody co do tego, czy mieliśmy do czynienia z ludobójstwem. Może uprzedzeni co do faktów obrońcy ukraińskiej wrażliwości takie wątpliwości mają, ale wydaje się, że nawet w skrajnie podzielonej polskiej klasie politycznej istnieje konsensus co do tego, że ukraińska zbrodnia na Polakach wypełnia znamiona ludobójstwa.
„Neutralnym” językiem o zbrodniach niemieckich
Może pan Pawlikowski wyniósł błędne przekonania z okresu, gdy był konsultantem reformy programowej w Ukrainie. Potem pan Pawlikowski powiada: „Musimy brać pod uwagę, że w wielu szkołach nauczyciele uczą dziś w klasach mieszanych, polsko-ukraińskich. […] Debata polaryzuje, więc ja nie polecałbym takiej metody. […] Ale moja perspektywa to perspektywa kogoś, kto jest z dziećmi w klasie i musi zadać sobie pytanie: co zyskam, kiedy każde ukraińskie dziecko w Polsce zapamięta, że jego pradziadkowie są być może współwinni rzezi na Wołyniu? To jest pytanie pedagogiczne, bo w jednej klasie może być i Tomek, i Dmytro. I to nie jest łatwe, jeśli na dzień dobry nauczyciel ma podyktować temat: »ludobójcza rzeź na Wołyniu«. To nie jest dobry pomysł na zbudowanie wspólnoty w klasie”.
W jednej klasie może być i Tomek, i Dmytro. I to nie jest łatwe, jeśli na dzień dobry nauczyciel ma podyktować temat: „ludobójcza rzeź na Wołyniu”
Gdyby pójść tropem rozumowania pana Pawlikowskiego, należałoby uznać, że jeżeli mielibyśmy w klasie małego Hansa, to zbrodnie niemieckie lepiej byłoby opisywać „neutralnym” językiem. A gdyby jakimś cudem siedział obok niego jakiś mały Iwan, to nie należałoby zbyt szczerze mówić o Katyniu czy łagrach, bo mogłoby mu być przykro.
Brak kontrowersji a prawda historyczna
Nie wiem, czy pan Pawlikowski w pełni zdaje sobie sprawę z tego, co mówi. Jest to natomiast podejście horrendalne: prawda ma być pomijana, bo komuś w klasie – pochodzącemu spoza Polski – może się zrobić niemiło. Tymczasem jeśli ktoś przyjeżdża do Polski, wysyła tu do szkoły swoje dzieci i zamierza tu zostać, to on ma się dostosować – nie my. To absolutnie podstawowa zasada, którą złamały wszystkie te państwa, gdzie dzisiaj istnieje gigantyczny problem z niezintegrowanymi imigrantami.
Jeśli ktoś przyjeżdża do Polski, wysyła tu do szkoły swoje dzieci i zamierza tu zostać, to on ma się dostosować – nie my
Pomysł, żeby kształtować polski system edukacyjny nie pod kątem prawdy historycznej, ale pod kątem niewywoływania kontrowersji w klasie, jest – mówiąc wprost – chory i niebezpieczny. Możemy w Polsce przyjmować gości – Ukraińcy mieszkali u nas przecież od lat i jak na tak liczną grupę wywoływali relatywnie naprawdę niewiele problemów – ale pod warunkiem, że ci goście zaakceptują nasze warunki. Jeśli mają zaś problem z ich zaakceptowaniem, niech rozważą wyjazd z Polski.
Tę lekcję odrobiło już wiele krajów, takich jak Szwajcaria czy Dania, a ostatnio Szwecja. Naprawdę chcemy powtarzać ich błędy?
Autor jest publicystą „Do Rzeczy”