Niemiecka kanclerz wielokrotnie krytykowała Polskę za łamanie praworządności. Ale na scenie unijnej była politykiem, który nawoływał do układania się z rządem PiS. Częściowo dlatego, że pochodziła z komunistycznych Niemiec i miała zawsze tendencję do usprawiedliwiania ich zachowania i próby prowadzenia dialogu. I nawet jeśli zupełnie nie podzielała ich punktu widzenia, zawsze opowiadała się za tym, żeby Polski i Węgier z Unii nie wypychać, bo konsekwencje będą fatalne dla regionu i całej UE. Ale także z powodu swoich osobistych predyspozycji – działania poprzez kompromis, a nie konfrontację. Już na samym początku sporu Brukseli z Warszawą o praworządność Merkel próbowała przekonywać do porozumienia. Jednak po spotkaniu z przywódcami Polski i Węgier zrozumiała, że obie strony mówią innymi językami.

Z bardzo dobrze poinformowanych źródeł usłyszeliśmy historię o tym, jak Merkel miała potem zadzwonić do Jean-Claude Junckera, ówczesnego przewodniczącego Komisji Europejskiej. – Jean-Claude, czułam się tam jak na szczycie afrykańskim – miała mu powiedzieć Merkel. Chodziło jej o to, że tamci politycy nie rozumieli unijnych zasad, ale – jak z politykami afrykańskimi – trzeba się nimi układać i próbować ich wciągać w orbitę swoich wartości. Każdy, kto zna Merkel, wie, że nie była ona protekcjonalna. Ta wypowiedź to raczej dowód jej bezradności i przekonania, że z naszą częścią Europy trzeba się obchodzić łagodniej. I przez lata tak właśnie robiła. Niemcy krytykowały Polskę na różnych szczeblach, ale gdy przychodziło do izolowania naszego kraju czy ewentualnych kar, Merkel mówiła „nie".

27 września w Niemczech odbędą się wybory do Bundestagu. Ktokolwiek zostanie kanclerzem, czy będzie to socjaldemokrata Olaf Scholz czy namaszczony przez Merkel chadek Armin Laschet, dla Polski oznacza to ogromną zmianę. Obaj to politycy zachodnich Niemiec, bez wrażliwości na meandry myślenia w Europie Wschodniej. Nie będą oni zainteresowani moderowaniem zapędów polityków radykalnych w swojej krytyce Polski. Jednocześnie nie będą też mieli wypracowanego przez lata autorytetu na arenie międzynarodowej, który pomagał Merkel przekonywać przywódców unijnych do swoich racji. Ani też wiarygodności obecnej kanclerz w Europie Wschodniej. – Gdy w ubiegłym roku Polska i Węgry blokowały przyjęcie unijnego budżetu i Funduszu Odbudowy, to Merkel wydzwaniała do Warszawy i Budapesztu i wypracowała kompromis. Ani Scholz, ani Laschet nie byliby w stanie tego zrobić. Orbán i Morawiecki nie ufaliby im – ocenia w nieoficjalnej rozmowie doświadczony unijny dyplomata.

Czytaj więcej

„Za sprawą Merkel polityka w Niemczech stała się dziwną mieszanką bezwzględnych korporacyjnych inter
Marek A. Cichocki: Niemcy przed wyborem

Na koniec epoki panowania Merkel nakłada się sprowokowane przez polski rząd zaognienie konfliktu z Brukselą. Chodzi przede wszystkim o niewykonywanie wyroków Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, a także próbę podważania prymatu unijnego prawa. W pożegnalnym tournée Merkel zahaczyła o Warszawę i tam miała obiecywać Morawieckiemu mediowanie w sprawie blokowanego przez Komisję Europejską polskiego Krajowego Planu Odbudowy, czyli blisko 24 mld euro dotacji i 12 mld euro pożyczek na odbudowę gospodarki po pandemii. – To się w Komisji bardzo nie podobało – słyszymy w kuluarach.

Przez wiele miesięcy Ursula von der Leyen, protegowana Merkel na stanowisku przewodniczącej Komisji Europejskiej, też prezentowała stanowisko umiarkowane w sprawie Polski, ale ostatecznie dała zielone światło na skargi Komisji do TSUE, a następnie na złożenie wniosku o nałożenie kary finansowej za niewykonywanie wyroków unijnego sądu. To ona też zgodziła się na zablokowanie polskiego KPO. I choć teraz negocjacje znów w tej sprawie ruszyły, perspektywy wcale nie są korzystne.

Nawet jeśli Komisja Europejska oceni go pozytywnie, to na pewno wypłaty obłoży restrykcyjnymi warunkami. Taka ocena musi być potem potwierdzona zgodą kwalifikowanej większości ministrów finansów państw członkowskich, a – jak słyszymy – na posiedzeniach Ecofin nastroje wobec Polski są bojowe. Na pewno bardzo będą patrzyli rządowi na ręce Szwedzi, Duńczycy, Finowie, Holendrzy, Belgowie, a teraz również Niemcy. No i oczywiście Francuzi, którzy choć nie byli w forpoczcie apelującej o uwarunkowanie wypłat pieniędzy od gwarancji niezależności wymiaru sprawiedliwości, to jednak bardzo wysoko stawiają praworządność na liście swoich priorytetów. A już od 1 stycznia 2022 roku na pół roku przejmują rotacyjne przewodnictwo w UE.

Relacje między Warszawą a Brukselą są już tak złe i pełne nieufności, że nie wiadomo, czy nawet Merkel miałaby ochotę je łagodzić i czy jej autorytet wystarczyłby do przekonania polityków bardzo krytycznych wobec Polski: i tych w państwach członkowskich, i w Komisji Europejskiej, i w Parlamencie Europejskim. Jej odejście z polityki oznacza, że nawet się nie dowiemy, czy mediacja przyniosłaby skutek, bo nikt takiej próby nie podejmie.

Autorka jest korespondentką „Rzeczpospolitej" w Brukseli