Tak wyraźna dyplomatyczna naiwność wyklucza właściwie świadomą współpracę z rosyjskim wywiadem. Niezależnie zresztą od fałszywych kroków gospodarza Białego Domu po spotkaniu Trump – Putin można wciąż twierdzić, że USA na tle reszty Zachodu pozostają najbardziej krytycznym wobec działań Rosji mocarstwem. Nawet ustami Trumpa atakują zażarcie Nord Stream 2 i mówią bardziej o konkurencji niż o współpracy. Kluczowe jest tu jednak wyrażenie „na tle". Wszystkie główne zachodnie potęgi (wyjąwszy Wielką Brytanię) wykonały bowiem w ostatnich miesiącach wyraźne ruchy sygnalizujące chęć znalezienia modus vivendi z Kremlem. Zróbmy eksperyment.
Z niedawnych wspólnych konferencji prasowych trzech zachodnich polityków (w tym Trumpa) z Putinem wybrałem trzy najbardziej moim zdaniem prorosyjskie zdania. Ciekawe, czy czytelnik łatwo odgadnie, co kto mówi.
Polityk pierwszy: „Szanuję też wzmocnioną rolę, jaką Rosja odgrywa w swoim regionie i w świecie, zwłaszcza na Bliskim Wschodzie".
Polityk drugi: „Konstruktywny dialog [pomiędzy naszymi krajami] pozwala znaleźć nowe drogi do pokoju i stabilności na świecie".
Polityk trzeci: „W naszym strategicznym interesie leży to, by mieć dobre stosunki z Rosją".
A teraz rozwiązanie konkursu. Jedynka to Emmanuel Macron, wypowiedź z 24 maja 2018, dwójka to Donald Trump w poniedziałek w Helsinkach, a trójka to Angela Merkel z 18 maja.
Przy tak szerokim i zgodnym otwarciu na Rosję wizja szybkiego powrotu Krymu do Ukrainy wydaje się, delikatnie mówiąc, mało prawdopodobna. Liberalizm w polityce zagranicznej okazuje się zaś znów tylko cieniutkim pokostem pokrywającym walkę o realne interesy. Polsce natomiast pozostaje mieć tylko nadzieję, że z pomocą naszej narracji politycznej przyjdzie sam prezydent Putin, po raz kolejny spektakularnie nadużywając udzielonego mu przez Zachód kredytu zaufania.
Autor jest politologiem z Uczelni Łazarskiego i Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego