Pewnie największy europesymista czy eurofob nie przewidział lub nie mógł sobie wymarzyć że w 18. rocznicę zakończenia negocjacji akcesyjnych w Kopenhadze stanie na porządku dziennym sprawa obecności Polski w Unii Europejskiej. Po ponad 10 latach rozmów prowadzonych przez rozliczne rządy prawicowe czy lewicowe, bardziej konserwatywne czy liberalne udało się wówczas uzgodnić wszystkie możliwe do uzyskania interesy i oczekiwania 15 krajów członków UE, całej Wspólnoty oraz każdego razem i z osobna 10 krajów kandydackich.

Zespoły negocjacyjne nadzorowane i kierowane przez Jana Krzysztofa Bieleckiego, Ryszarda Czarneckiego (tak, tak – tego Czarneckiego), Jacka Saryusza-Wolskiego (to też niespodzianka), Danutę Hubner wraz z głównymi negocjatorami Janem Kułakowskim i Janem Truszczyńskim, wspierane przez nieodzownego Jarosława Pietrasa czy Ewę Ośniecką-Tamecką doprowadziły do wspaniałego sukcesu w symbolicznym dla Polaków 13 grudnia: wszyscy ze wszystkimi we wszystkim się porozumieli.

Presja i oczekiwania były znaczące, terminy goniły ale proces trwał pomimo politycznych zmian w Polsce: wyborów parlamentarnych, prezydenckich, referendum konstytucyjnego czy przystępowania do OECD czy NATO. Prawdziwa sztafeta negocjacyjna nie była wolna od krytyk, pretensji czy zastrzeżeń, ale proces demokratyczny oraz instytucje pozwalały na ich wyjaśnienie, ocenę i ewentualne uwzględnienie. Późniejszy sukces referendalny w 2003 roku był tego naturalną konsekwencją.

Tym bardziej szkoda, że ten dorobek może zostać zaprzepaszczony w jedną chwilę. Problem nie tkwi w samej zapowiedzi weta, lecz w sposobie i okolicznościach oraz motywach tej deklaracji. Gdyby za nią stało szerokie polityczne porozumienie, gdyby dotyczyło interesów całej Unii lub spraw fundamentalnych, to rozumiem. Gdyby zapowiedź weta była wynikiem długotrwałego sporu o transparentnym przebiegu, ze społeczną akceptacją, to akceptuję.

Jednak to, co wiemy o niej, wskazuje niezbicie, że jest to kolejna postpolityczna zagrywka wewnątrzpartyjna służąca krótkotrwałym interesom marketingu politycznego lub tzw. technologii politycznej. Takie gierki wewnętrzne prowadzą niekiedy do katastrof: nie tylko w wykonaniu Davida Camerona.

Widać to także w proporcji 25:2 w sporze, w którym nazwy dwóch krajów oponentów nie padają w kwestionowanych zapisach, zaś pojęcie „praworządność" jest kategorią bezdyskusyjną w państwach demokratycznych, a takimi są i mają być kraje członkowskie UE. Szkoda, że sprawa ta niszczy zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne umocowania Polski na kontynencie, wobec sąsiadów i partnerów geopolitycznych, z którymi „idziemy na udry".

Szkoda, że to się dzieje w okresie wielkiego przesilenia spowodowanego brexitem oraz nadal nie zakończoną i groźną pandemią Covid-19, które wymagają akurat wielkiej solidarności i empatii europejskiej.

Padły, padną i będą padać słowa i deklaracje, które pozostaną trwałe ślady na polskim wizerunku w postaci plam, bruzd i blizn, z którymi będziemy musieli żyć. Mimo wszystko, nie mam obaw o pozostanie Polski w UE, ale jej znaczenie będzie znacznie mniejsze. Szkoda. A jako że chodzi o pieniądze, to zacytujmy sąsiadów, tyle że na odwrót: „Cnotę stracisz, rubelka nie zarobisz".

Sergiusz Najar jest bankowcem i doradcą ekonomicznym. Były wiceminister infrastruktury i spraw zagranicznych w rządach Leszka Millera i Marka Belki. od 16 września 2002 ostatni (nr 44 ) członek Zespołu Negocjacyjnego Akcesji Polski do Wspólnot Europejskich odpowiedzialny za działy budownictwo, transport i gospodarkę morską.