Rz: Do Polski przyjechał pan 10 lat temu, by zarządzać spółkami Vienna Insurance Group. Jak po dekadzie ocenia pan rozwój polskiego rynku ubezpieczeniowego.

Franz Fuchs:

Wciąż nie udało się rozwinąć biznesu ubezpieczeń na życie, które stałyby się systemem komplementarnym do publicznych świadczeń emerytalnych. Ludzie nie rozumieją potrzeby samodzielnego oszczędzania na starość, co więcej, nie zachęca do tego państwo, które nie daje wystarczających zachęt podatkowych. IKE i IKZE to namiastka potrzebnych rozwiązań i w obecnym kształcie nigdy nie staną się ważnym filarem prywatnych oszczędności.

Indywidualne ubezpieczenia ze składką regularną rozwijają się dość słabo, a grupowe ubezpieczenia na życie są zyskowne dla bardzo niewielu firm. W związku z tym w ostatnich lata rynek, w tym również my, rozwijał się i rósł głównie poprzez sprzedaż produktów ze składką jednorazową. W ten sposób pompuje się jedynie udział w rynku polisami, które są kapitałochłonne, jednak w dłuższej perspektywie nie przynoszą realnej wartości dla firmy. Reasumując, rynek życiowy nie rozwija się w Polsce w dobrym kierunku.

Dodatkowo, na tutejszym rynku przetacza się obecnie ważna dyskusja dotycząca opłat likwidacyjnych w przypadku polis inwestycyjnych. Firmy dopiero stoją przed koniecznością zmiany modelu, co jest kolejnym wyzwaniem, nieułatwiającym sytuacji ubezpieczycieli.

Pod presją znajdują się także prowizje pośredników?

Polska skopiowała sytuację z Zachodu i to był błąd. Jeszcze pod koniec lat 90. prowizje w Polsce plasowały się na poziomie 60–70 proc. składki zainkasowanej w pierwszym roku polisowym. W międzyczasie na Zachodzie prowizje wzrosły nawet do 150–160 proc. rocznej składki. Takie wynagrodzenie agenci dostają również dziś w Polsce, zasadnicza różnica jest jednak taka, że na zagranicznych rynkach średnia długość trwania polisy inwestycyjnej to 15–20 lat, w Polsce zaś 7–8 lat. Oznacza to, że niemożliwe staje się osiągnięcie takiej rentowności, jak na innych rynkach, gdyż ubezpieczyciele muszą w znacznie krótszym czasie zarobić na koszty akwizycji i inne koszty stałe.

To z kolei przekłada się na klientów, ponieważ aby sytuacja ta została skompensowana, firmy ustalają opłaty likwidacyjne na wyższym poziomie. I koło się zamyka. Nie wliczając zysków największego gracza z grupowych polis na życie, rynek życiowy wciąż nie jest wystarczająco zyskowny. W ciągu ostatniej dekady spółki życiowe w Polsce zainwestowały zarówno dużo pracy, jak i środków w rozwój sprzedaży, w sieci, w nowe oddziały, ale większości nie udało się zbudować stabilnego, długofalowego biznesu.

Problemy nie omijają też ubezpieczeń majątkowych?

W obowiązkowych komunikacyjnych polisach OC, mimo że przypis składki w ostatniej dekadzie wzrósł z 8,6 do 14,6 mld złotych, to jednak cały czas są one nierentowne. Pozytywne jest natomiast, że w ubezpieczeniach majątkowych wzrósł udział tych niemotoryzacyjnych z 37 do 45 proc. To zdrowa sytuacja, która stawia Polskę na poziomie rynków rozwiniętych. Jako że polisy OC nigdy nie były na polskim rynku zyskowne, kluczem do osiągania pozytywnych wyników jest sprzedaż polis autocasco. Tutaj znów branża ma problem, ponieważ odsetek aut starszych niż 10 lat jeżdżących po polskich drogach wzrósł z 57 proc. w 2003 do 78 proc. na koniec 2012.  A wiadomo, że im starszy samochód, tym mniejsza szansa, że jego właściciel wykupi polisę autocasco.

"To nie OFE są problemem, to ZUS"

Mówi się jednak, że branża ubezpieczeniowa jest cykliczna i teraz firmy znajdują się na dole sinusoidy?

Tak, ale w polisach OC ubezpieczyciele od zawsze są pod wodą.

Jak długo taka sytuacja jeszcze się utrzyma?

Nie zdziwiłbym się, gdyby w najbliższych kwartałach klika firm rozważało wyjście z polskiego rynku. Podobne decyzje zapadały już u naszych sąsiadów, gdy np. Aviva sprzedała spółki życiowe w Czechach, na Węgrzech i w Rumunii, a z Polski wycofała się niedawno grupa Nordea.

Nawet w tej chwili kilku graczy weryfikuje swoje inwestycje na rynku i sprawdza prognozy na nadchodzące lata, nie tylko w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej. Jesteśmy tego świadomi, gdyż bacznie przyglądamy się wszystkim ofertom, które pojawiają się na rynku. VIG jest otwarty na przejęcia i rozpatrzy każdą rozsądną propozycję, wpisującą się w strategię grupy.

Jeśli na polskim rynku nie dzieje się najlepiej, to dlaczego wciąż tu jesteście?

Ponieważ jestem bardzo zadowolony z tego, co, mimo obiektywnych przeszkód udało się osiągnąć spółkom z grupy VIG w Polsce. W spółkach majątkowych, gdy zaczynałem w 2003 roku, mieliśmy przypis na poziomie 250 mln zł, a w życiu ok. 70 mln zł. Teraz wynosi on około 5 mld zł, po 2,5 mld zł z ubezpieczeń życiowych i majątkowych. Podobnie jeśli chodzi o zyskowność. Po pierwszym roku działalności jako grupa wykazaliśmy prawie 25 mln euro straty, w tej chwili jesteśmy około 55 mln euro na plusie i możemy pochwalić się blisko 10-proc. udziałem w rynku. To wyniki bardzo doceniane przez akcjonariuszy.

Może na koniec uda się znaleźć jakiś pozytyw dla branży?

Paradoksalnie, dla branży ubezpieczeń na życie pozytywnym impulsem mogą być zmiany w OFE. Dyskusja na temat emerytur jest bardzo żywa i prowadzona na wielu frontach. Dzięki temu Polacy może w końcu zaczną myśleć o zabezpieczeniu swojej przyszłości na starość na własną rękę.

Rozmawiała Zuzanna Reda-Jakima

CV

Franz Fuchs jest członkiem zarządu Vienna Insurance Group, prezesem VIG Polska oraz prezesem majątkowej i życiowej spółki Compensa w Polsce. Nadzoruje operacje grupy VIG w Polsce, Rumunii, na Litwie, Łotwie i w Estonii. Ma ponad 30-letnie doświadczenie w branży ubezpieczeniowej. Przez wiele lat związany był z grupą Winterthur. Przed objęciem obecnych obowiązków Franz Fuchs zasiadał w zarządzie AXA Austria.