Otworzyłem z ciekawości ostatni „World Inequality Report” i z pewnym zaskoczeniem dowiedziałem się, że po 35 latach od zmiany systemu, po reformach Balcerowicza, przystąpieniu do UE i NATO i dobijaniu się do 20 największych gospodarek światowych 10 proc. naszych obywateli posiada 62 proc. majątku narodowego, a 1 proc. – około 30 proc. Pozostała większość ma negatywny majątek netto ze względu na posiadanych długów.

Na Węgrzech te proporcje wyglądają podobnie, bo 10 proc. posiada ok. 67 proc. majątku, górny 1 proc. – 33 proc., a pozostali – ok. 30 proc. To istotnie lepiej niż w Polsce. W Szwecji, kraju bogatym od dawna, 10 proc. mieszkańców posiada 68 proc. majątku, górny 1 proc. – 27 proc., a dolne 50 proc. jest – podobnie jak w Polsce – obciążone długami.

W świetle zbliżających się wyborów parlamentarnych w 2027 r. ten obraz sytuacji – a przytoczony raport uznawany jest za obiektywny – powinien dać do myślenia rządzącej obecnie Koalicji Obywatelskiej, ale i obecnej opozycji, która rządziła w latach 2015-2023.

Na około 35 mln naszych obywateli – nie wliczam tu ok. 2 mln cudzoziemców żyjących, pracujących czy uczących się w Polsce – mamy 4,5-5,0 mln osób młodych mających 18-30 lat oraz ponad 14 mln w wieku 50+. Uprawnionych do głosowania jest ok. 28 mln, nie licząc 0,7-0,8 mln stale żyjących za granicą. Te dane pokazują, że istnieją dwie istotne grupy obywateli, których ambicje, dążenia i poczucie komfortu będą decydować o wyniku tych i przyszłych wyborów.

Spełnione marzenie o aucie. Czas na spełnienie kolejnych

Badania socjologiczne wskazują, że obiektem powszechnego niezadowolenia i krytyki są – z jednej strony – opieka zdrowotna i dostępność do niej. A z drugiej – brak powszechnego i finansowo akceptowalnego dostępu do własnych mieszkań. Innymi słowy, system ochrony zdrowia jest nieefektywny i trudno dostępny, natomiast mieszkania są zbyt drogie dla przeciętnego, w szczególności młodego, obywatela.

W tym kontekście pragnę wspomnieć, że jeszcze 20-25 lat temu najbardziej pożądane było posiadanie własnego samochodu. I to marzenie się spełniło, nawet z naddatkiem, czego dowodem są ogromne korki, tak na prowincji, jak i w stolicy. Wracałem ostatnio samochodem z Władysławowa przez Redę i Rumię, potem obwodnicą Gdańska i dalej S7 do Olsztyna. I niemal do Elbląga jechałem w niekończącym się korku (korek był w obie strony). Teraz jest czas na spełnienie kolejnych, potrzebnych i zrozumiałych marzeń.

Czytaj więcej

Opieka zdrowotna w raporcie OCED. Polsce bliżej do Trzeciego Świata

To, że Polska powoli zaczyna być postrzegana jako jeden z najbogatszych 20 krajów świata, nie przekłada się na samoocenę naszych obywateli. Z socjologicznych analiz i badań wynika, że w ich oczekiwaniach kwestie ideologiczne – równości płci, LGBT, aborcji – stopniowo ustępują miejsca powszechnie dostępnej i efektywnej ochronie zdrowia oraz dostępności – po osiągalnych cenach – własnego M.

Jak opiekę zdrowotną organizują inni

Nasz scentralizowany poprzez NFZ system ochrony zdrowia – pokłosie rządów Leszka Millera – jest w ocenie społeczeństwa nieefektywny, korupcjogenny i niesprawny. Kolejne rządy, mimo świadomości, że system powinien być zmieniony, obawiały się podjąć jego reformy.

Weźmy, jako przykład wart naśladowania, Austrię, z populacją 9,2 mln, cztery razy mniejszą niż nasza. Jej system ochrony zdrowia uznawany jest za jeden z najlepszych w Europie. Działają tam 264 szpitale, a system dysponuje dużą liczbą dobrze wykształconych lekarzy wszelkich specjalności. Dla porównania, w Polsce istnieje 800 tzw. szpitali ogólnych plus ponad 300 powiatowych, prowadzonych przez samorządy. Na koniec stycznia 2026 r. istniało łącznie 1065 podmiotów szpitalnych, z czego 654 publiczne i 411 prywatnych.

W Austrii podstawą jest powszechne ubezpieczenie społeczne i zasada solidarności. Ochrona zdrowia jest finansowana z powszechnej składki zdrowotnej wynoszącej 7,65 proc. pensji brutto (pracownik płaci 3,87 proc., a jego pracodawca 3,78 proc.). Głównymi instytucjami systemu są kasy chorych. OGK obsługuje większość obywateli, SVS obejmuje osoby samozatrudnione, natomiast rolnicy korzystają z SVB.

System austriacki uruchomił tzw. e-card, czyli elektroniczny dokument ubezpieczenia z chipem, wymagany przy każdej wizycie u lekarza. O ile wizyty u lekarzy pracujących dla kas chorych są bezpłatne, to koszt wizyty u prywatnych ponosi sam pacjent. Co istotne, za każdą receptę pobierana jest niewielka opłata (6,65 euro), co ogranicza zakupy zbędnych leków. Pobyty w szpitalach są częściowo płatne przez pierwsze 28 dni, natomiast dzieci i młodzież do 18. roku życia leczone są bezpłatnie.

Czytaj więcej

Stołówka plus: uczniowie zjedzą ciepły posiłek w szkole dzięki programowi "Stołówka szkolna"

Pomimo stosunkowo niskiej w porównaniu z Polską składki zdrowotnej, wydatki na ochronę zdrowia w Austrii wynoszą 9,2 proc. PKB (w Polsce ok. 6 proc. PKB), co być może jest skutkiem decentralizacji systemu. Warto też podkreślić, iż w Austrii ubezpieczonych jest 99,9 proc. populacji, co umożliwia finansowanie oraz wysoką jakość ochrony zdrowia.

Jak zmieniać opiekę zdrowotną

Biorąc pod uwagę niewydolność obecnie obowiązującego systemu ochrony zdrowia w Polsce oraz konieczność uzupełniania finansowania – ponad pobieraną składkę zdrowotną – transferami z budżetu (ostatnio 23 mld zł), najwyższy czas na podjęcie decyzji o rozpoczęciu reformy. Być może pierwszym krokiem byłby powrót do regionalnych kas chorych? A co ważne, oparcie reformowanego systemu na sprawdzonych wzorach z innych krajów. Równie ważne jest przełamanie oporu biurokracji oraz samego personelu medycznego.

Reformę powinni przeprowadzić przede wszystkim profesjonalni specjaliści od systemów ochrony zdrowia, z praktycznym doświadczeniem, a politycy zapewnić parasol dla niektórych niezbędnych, radykalnych decyzji leżących w interesie społeczeństwa. Tymczasem w 2024 r. w Ministerstwie Zdrowia na ok. 700 urzędników zatrudnionych było zaledwie siedmiu lekarzy.

Czytaj więcej

Szeroki wachlarz pomysłów na zmiany w ochronie zdrowia

Zapowiedź reformy, wraz z nakreśleniem jej głównych celów, niekoniecznie powiązanych ze zmianami wysokości składki zdrowotnej (ale prawdopodobnie z wyrównaniem jej poziomu dla wszystkich) oraz decentralizacja systemu mogą stać się ważnym orężem w czasie wyborów w 2027 r. Sfinansować reformę mogłaby, na co wielokrotnie wskazywałem, aktywna polityka zarządzania aktywami państwa.

Co z mieszkaniami dla młodych

Dla młodszej części społeczeństwa, tej w przedziale 18-30 lat, jednym z najistotniejszych wyzwań jest niezaspokojone dążenie do posiadania własnego M. Alternatywnie – możliwość wynajmu po akceptowalnym koszcie.

Tutaj państwo – ale i samorządy – mają wiele do zrobienia, bo zasób terenów pod zabudowę mieszkaniową jest pokaźny. I wystarczający, uwzględniając perspektywy demograficzne kraju. Według danych Głównego Urzędu Geodezji i Kartografii, grunty rolne leżące w granicach miast mają powierzchnię niemal 1 mln ha, z czego w miastach wojewódzkich – ponad 100 tys. ha (dane na 1.01.2024). Ich zagospodarowanie pod budownictwo mieszkaniowe wymagałoby tzw. odrolnienia, co nie powinno być trudne, skoro spora część tych terenów to zasób Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa (KOWR). Przy politycznej woli można by to przeprowadzić szybko.

Warto też przypomnieć, że Skarb Państwa posiada w sumie ponad 10 mln ha gruntów (70 proc. to lasy w zarządzie Lasów Państwowych), a samorządy – ok. 1,2 mln ha.

Czytaj więcej

Dlaczego brakuje mieszkań dla młodych. 12 pomysłów na zmianę tej sytuacji

Mniej biurokracji, więcej mieszkań

Istotnym problemem związanym z pozyskiwaniem terenów pod budownictwo – w tym mieszkaniowe – jest obecny system uzyskiwania pozwoleń, wraz z ich skomplikowaną i długotrwałą biurokratyczną procedurą.

Dzisiaj w Polsce deweloper często kupuje grunt pod budownictwo mieszkaniowe od samorządu. W wielu krajach, np. w Niemczech, wprowadzono system, który polega na postawieniu do dyspozycji dewelopera przez samorząd terenu pod zabudowę w zamian za 15-20 proc. zbudowanych mieszkań, które następnie są z reguły wynajmowane po niższych cenach z opcją ich wykupu po 5-7 latach. Istotnym elementem takiego systemu jest wprowadzenie zasady zwyżek czynszu ograniczonych np. do poziomu inflacji. Nie są to mieszkania komunalne sensu stricte, a więc ich wynajem nie jest uzależniony od spełnienia wymogów dla komunałek.

Zalety takiego systemu są oczywiste, szczególnie że w wielu przypadkach to samorządy przed podpisaniem umowy z deweloperem uzyskują wszelkie niezbędne zezwolenia (zgodne z ich planami miejscowymi), co skraca czas realizacji inwestycji, a więc wpływa na koszt budowy. Samorząd uzyskuje przy tym kilkuletni dopływ gotówki z najmu i ewentualnie później – ze sprzedaży mieszkań. Dla zainteresowanych obywateli to realna perspektywa zdobycia M na własność, a w międzyczasie najem po cenach niższych niż rynkowe. Efektem ubocznym w dłuższej perspektywie może być generalna obniżka cen tak najmu, jak i kosztów samych mieszkań.

W samej Warszawie znajduje się 366 ha nieużytków. Można by tu postawić 3660 domów jednorodzinnych (na działkach po 1000 mkw.) lub wybudować 1,5-1,8 tys. sześcio-siedmiopiętrowych budynków mieszkalnych, każdy z ok. 80 mieszkaniami. W sumie ponad 100 tys. mieszkań o powierzchni średnio 60 mkw. Taki zastrzyk podaży nie tylko zaspokoiłby aktualne potrzeby mieszkaniowe, ale i wpłynąłby na obniżenie kosztów budowy lokali i ich wynajmu. Podobnie wygląda sytuacja w dużych i średnich miastach w całym kraju.

Jeśli zreformujemy system opieki zdrowotnej i uwolnimy potencjał mieszkaniowy, tzw. przeciętny Kowalski mógłby poczuć się obywatelem jednego z przodujących krajów nie tylko w Europie, ale i na świecie. Wszystko zależy od woli politycznej oraz sprawczości obecnej administracji państwowej. Czy to utopijne marzenie? Niedługo wszyscy się przekonamy.

O autorze

Dr Hubert A. Janiszewski

Autor jest ekonomistą, członkiem Polskiej Rady Biznesu, w przeszłości był szefem bankowości inwestycyjnej na Polskę w HSBC, Bankers Trust i Deutsche Bank Polska. Były członek rady gospodarczej przy prezydencie RP Lechu Wałęsie.