Chociaż pierwszy projekt budżetu Unii Europejskiej na lata 2028-2034 zaprezentowany został przez Komisję Europejską niemal rok temu, dopiero teraz zaczynają się poważne negocjacje, które mają mu nadać ostateczny kształt. Wstępna propozycja mówiła o wydaniu w ciągu 7 lat 1,8 biliona euro (w cenach stałych roku 2025), czyli około 2 bilionów w cenach bieżących. Odpowiadałoby to około 1,25 proc. PKB wytworzonego przez 27 krajów Unii, a więc stanowiłoby złamanie niepisanej (ale obowiązującej od dziesięcioleci) zasady, w myśl której unijny budżet nie powinien znacznie przekraczać magicznego jednego procenta PKB.
Czytaj więcej
Niemcy chcą zmniejszenia o jedną czwartą (400 mld euro) nowego budżetu UE na lata 2028-2035. Berlin twierdzi, że nawet po tych cięciach niemiecki w...
Przekroczenie nie byłoby znaczne, ale politycznie znaczące: limit jednego procenta najlepiej symbolizuje ograniczone kompetencje, które kraje członkowskie przekazały Unii (udział wydatków państwa w krajach Unii wynosi przeciętnie 50 proc. PKB). Przekroczenie magicznej granicy w znacznej mierze uzasadnione jest tym, że w siedmioletnim budżecie zarezerwowano również 150 miliardów euro na spłatę wspólnego długu zaciągniętego w czasie pandemii (tego, z którego Polska dopiero zaczyna korzystać używając środków z KPO), a po odliczeniu tej kwoty wydatki sięgają tylko 1,1 proc. PKB. No tak, ale skoro jednak te środki stają się „normalnym” (a nie wyjątkowym i nie do powtórzenia) wydatkiem unijnego budżetu, otwiera się pole do bardziej permanentnego wzrostu wartości wspólnie realizowanych działań, choćby były one finansowane przez specjalnie zaciągane i wspólnie gwarantowane pożyczki (tak jak obecnie program SAFE, z którego Polska też ma korzystać). Nic dziwnego, że propozycja Komisji spotkała się z ripostą Niemiec, które zażądały ograniczenia wydatków o 400 miliardów… dokładnie do magicznego jednego procenta.
Negocjacje będą jeszcze długo trwały, a ich końcowym efektem zapewne stanie się coś pośredniego między 1 proc. Berlina i 1,25 proc. Brukseli. Polska może jednak spać spokojnie. Ze wstępnych wyliczeń wynika, że pozostaniemy największym beneficjentem netto unijnego budżetu, wpłacając do niego niecałe 90 miliardów euro, a dostając ponad 120 miliardów (oczywiście mowa o środkach bezzwrotnych, nie o pożyczkach). Netto będzie to oczywiście mniej niż do tej pory, zwłaszcza w procencie PKB – i nic dziwnego, skoro kiedy wstępowaliśmy do Unii, nasz PKB na głowę mieszkańca stanowił 50 proc. średniej, dziś przekracza 81 proc., a pod koniec perspektywy budżetowej na lata 2028-2034 (jeśli wierzyć prognozom MFW) będziemy się już zbliżać do średniej.
Natychmiast wywołało to w Polsce pełne niepokoju pytania, czy w kolejnym budżecie, po roku 2034, nadal będziemy beneficjentem netto budżetu. Jest przecież jasne, że kraj przekraczający unijną średnią powinien raczej wspierać inne, uboższe, a nie czekać na wsparcie. Niepokój jest jednak o tyle zrozumiały, że zgodnie z powszechnym w Polsce przekonaniem fundusze unijne to nasza główna korzyść z członkostwa (jest to zresztą nieprawda, wielokrotnie większe korzyści daje nam integracja w ramach wspólnego rynku).
Tak czy owak, nie ma się czego obawiać. Po pierwsze, nawet jeśli cała Polska przekroczy średni poziom PKB na głowę mieszkańca, wiele naszych uboższych regionów pozostanie poniżej. Ale ważniejsze jest to, że Unia to miejsce stałych kompromisów, w ramach których nikomu nie odbiera się z dnia na dzień budżetowych pieniędzy. Hiszpania, którą zresztą dość skutecznie gospodarczo gonimy, przekroczyła średni poziom unijny już ćwierć wieku temu. I nadal pozostaje beneficjentem netto budżetu.
Polska na kolejnym budżecie też będzie wyraźnie korzystać. Ale pamiętajmy, że nie będzie to wcale najważniejsza gospodarcza korzyść z członkostwa.