Wszyscy ci, którzy narzekają, że zbyt mało mówi się w Polsce o kulturze, powinni być zadowoleni. Przyjęty przez rząd projekt ustawy rozgrzał media, wywołał falę komentarzy w internecie i sprowokował do wystąpień znanych polityków. Kultura żywi się popularnością i rozgłosem, służą jej też prowokacyjne happeningi. No to nareszcie taki mamy!

Ponieważ jestem pewny, że prezydent ustawę zawetuje, uważam że przed złożeniem następnej propozycji warto poważnie zastanowić się nad problemem, którego ona dotyczy.

Z finansowego punktu widzenia nie jest on wielki, dotyczy najgorzej zarabiającej części z 62 tys. osób wykonujących zawody artystyczne (oburzonej ustawą Solidarności jakoś nie przeszkadzają miliardy złotych corocznych dopłat do emerytur górników). W dodatku mówimy o ludziach, którzy, zwłaszcza na początkach kariery, działają często w bardzo trudnych warunkach. Zawody artystyczne różnią się od większości „zwyczajnych” prac pewnym drobnym szczegółem. Po to, by zrobić w nich karierę i dobrze zarabiać, trzeba mieć talent, który w dodatku musi być doceniony (a więc potrzebne jest i szczęście).

Czytaj więcej

Maciej Strzembosz: Czy artysta powinien żyć w nędzy?

Elita, która dociera na szczyty, to nieznaczny ułamek tych, którzy próbują swoich sił, poświęcając na to ogromny wysiłek i, zwłaszcza na początku, dosłownie walcząc o przeżycie. Podejmują gigantyczne ryzyko, które tylko niektórym się opłaci (nie mówiąc już o tych, którzy mają talent, ale nie mają szczęścia, ze sztandarowym przykładem van Gogha, który który za życia sprzedał tylko jeden obraz). Ale po to, by kultura narodowa uzyskała jednego wielkiego artystę, trzeba setek tych, którzy próbują i podejmują ryzyko. I właśnie tym młodym ryzykantom, zwłaszcza tym, którym się to koniec końców nie uda, miała pomóc projektowana ustawa.

To dlaczego wywołała tak wiele negatywnych emocji? Zapewne główną przyczyną jest pewne nieporozumienie – patrzenie na dochody artystów przez pryzmat kilkusetosobowej grupy świetnie zarabiającej elity (niektórzy jej członkowie rzeczywiście ostatnio skarżyli się na swoje skandalicznie niskie emerytury, choć przy wysokich zarobkach mieli oczywiście obowiązek sami zadbać o własne ubezpieczenie). To właśnie wywołało internetowy hejt na „darmozjadów i nierobów”, którzy przepuścili swoje miliony, a teraz chcą, byśmy wszyscy składali się na ich świadczenia.

Oczywiście ustawa nie dotyczy sław, ale dziesiątek tysięcy marnie zarabiających młodych ludzi, bez etatowej pracy i szans na odłożenie nawet minimalnego kapitału emerytalnego. Ale w powszechnym hejcie jest i pewien element racjonalny. Owszem, tym którzy w naszym wspólnym interesie próbowali, ale im się nie udało dotrzeć na szczyty, należy pomóc. Ale czy obowiązku pomocy mniej szczęśliwym kolegom nie należy rozciągnąć i na artystów świetnie zarabiających? Może dopłaty do składek powinny pochodzić choćby częściowo z solidarnościowej daniny tych artystów, którym się lepiej powiodło, a zwłaszcza tych, którzy zarabiają bardzo dużo (uczestnictwo w takim funduszu mogłoby być warunkiem korzystania z przywilejów przysługujących artystom), a dopiero w drugiej kolejności z pieniędzy innych podatników? Może wtedy byłoby łatwiej wyjaśnić i obronić sensowność takich dopłat?

Racjonalność to jedno, odczucia to drugie. Jeśli chce się rozwiązać problem, nie można zapominać ani o jednym, ani o drugim.