Grupa firm, które zawarły kontrakty na budowę dróg przed najazdem Rosji na Ukrainę, już od dawna alarmuje, że wzrost kosztów – będący następstwem wojny – przekroczył limity waloryzacyjne. Mijają miesiące, kwartały – jak dotąd bez rezultatów. Tymczasem trwa nowa wojna, w Zatoce Perskiej, która już mocno podbiła ceny ropy naftowej i pokiereszuje budżety prowadzonych projektów. Takich wydarzeń nie przewidzimy. Pytanie, czy rozwiązać to systemowo, uelastyczniając zapisy o waloryzacji, czy wysyłać przedsiębiorstwa do sądów. Od państwa oczekiwałbym decyzyjności, a nie przerzucania się tematem przez instytucje i resorty  jak gorącym kartoflem. Jeśli zaś sprawę mają rozstrzygać sądy – to niech to nie trwa latami.

Wojny nakręcają koszty. Waloryzacja działa tylko do pewnego momentu

Inwestycje infrastrukturalne – budowa dróg ekspresowych czy linii kolejowych – to inwestycje obarczone gigantycznym ryzykiem. Wykonawcy zobowiązują się, że „dowiozą” projekt w określonym terminie i za ustaloną stawkę. Zaoferowana cena jest w praktyce jedynym kryterium, jakie bierze się pod uwagę, rozstrzygając przetargi. Oczekujemy, że wykonawcy tak skalkulują oferty, że nie przyjdą potem po żadne dopłaty. Oczywiście, w przypadku inwestycji o takiej skali, kalkulowanie ryczałtowego wynagrodzenia jest gigantycznym wyzwaniem: mówimy o latach od złożenia oferty w przetargu do zakończenia prac.

Czytaj więcej

Kryzys na budowach dróg. Firmy chcą miliardów

Nad branżą unosi się duch Euro 2012 – zamiast inwestycyjnego eldorado doszło do zmiecenia z rynku wielu wykonawców. Dopiero po długich dyskusjach wprowadzono do umów klauzule waloryzacyjne. W przypadku wzrostu określonych kosztów naliczane jest dodatkowe wynagrodzenie. Mechanizm działa i w drugą stronę – kiedy koszyk tanieje, wynagrodzenie jest korygowane w dół. Łączna waloryzacja nie może przy tym przekroczyć ustalonego poziomu wartości kontraktu. Pierwotnie było to 5 proc., teraz 15 proc., a realizujące „przedwojenne” kontrakty firmy apelują o podniesienie limitu do 21 proc.

Dokończ trudny kontrakt, a potem idź do sądu. Nie każdy doczeka wyroku

Dotychczas wizja, że firmy będą odstępować od umów, wydawała się straszakiem. Jednak w ostatnich dniach na taką „atomową opcję” zdecydował się Mostostal Warszawa, wykonawca odcinka S19. Co prawda bezpośrednią przyczyną problemów na tym kontrakcie nie były skutki ataku na Ukrainę, tylko geologia i formalności, ale Mostostal zarzucił GDDKiA brak woli współpracy (zamawiający się z tym nie zgadza). Tak czy inaczej firma musiała uznać, że lepiej krzyknąć „pas” przy kilkuprocentowym stanie zaawansowania prac budowlanych, niż brnąć dalej.

Czy czeka nas fala odstąpień od umów? To jak palić mosty. Co więcej, szokująca decyzja zapadła w czasie, gdy trwa gorąca dyskusja o local contencie. Mostostal Warszawa to spółka kontrolowana przez hiszpańską Accionę. „Czystej krwi” polska konkurencja już to eksponuje, by nabijać sobie punkty. Tu polecam prześledzić historię upadku Elektrobudowy.