Przez wiele lat mogło się bowiem wydawać, że grupa PKP działa głównie po to, by zapewniać źródło utrzymania swoim pracownikom (w ubiegłym roku zatrudniała ponad 42,6 tys. osób), choć tego celu nie udawało się osiągnąć bez ostrych cięć kosztów.

Ich negatywne skutki odczuwali głównie pasażerowie, którzy musieli się żegnać z kolejnymi połączeniami i przygotować na to, że podróż koleją jest jak podróż w czasie. A konkretnie powrót do czasów PRL; z obskurnymi dworcami, brudnym przedziałami i spóźniającymi się pociągami. Dobrze więc, że władze PKP dostrzegły w końcu dość oczywisty fakt, iż w biznesie nie chodzi tylko o cięcie kosztów, ale też o zdobywanie klientów i zwiększanie sprzedaży. Miała w tym pomóc zapoczątkowana przed kilkoma laty seria inwestycji – na czele z flagowym projektem pendolino, które dla części Polaków (zwłaszcza tych podróżujących służbowo) stało się argumentem za przesiadką z auta do pociągu.

Jeśli sieć szybkich połączeń się rozwinie, a dodatkowo będzie kusić w miarę atrakcyjnymi cenami, to więcej krajowych wyjazdów Polaków może się przenieść na tory. Nie ma się co łudzić, że nastąpi masowy powrót do kolei w pokoleniach, dla których samochód pozostaje oznaką statusu społecznego. Powoli to się jednak zmienia. Nawet ludzie, którzy wcześniej zamiast nóg mieli cztery kółka, dzisiaj rezygnują z auta– zwłaszcza w dojazdach do miast, gdzie coraz bardziej dają się we znaki korki i koszty parkowania. Szeptany marketing zadowolonych pasażerów zwiększa prawdopodobieństwo, że więcej Polaków przekona się do kolei. Szansą dla PKP jest młode pokolenie, dla którego auto nie jest symbolem statusu. Za kilka lat zobaczymy, czy kolej tę szansę potrafi wykorzystać.