Reklama

Maciej Miłosz: Nie ma darmowych lunchów. Czołgów – tym bardziej

Nie pomoże dobry wujek z Ameryki, nie pomoże dobra ciocia z Europy. Nikt za nas nie poniesie kosztów zwiększenia zdolności naszego państwa do obrony.

Publikacja: 05.01.2026 04:01

Maciej Miłosz: Nie ma darmowych lunchów. Czołgów – tym bardziej

Foto: MON

To samo zjawisko można nazywać w różny sposób. Można mówić, że w bezpieczeństwie jazda na gapę Europejczyków (na koszt Amerykanów) już się skończyła. Można napisać, że czasy „dywidendy pokoju”, gdzie Europejczycy na obronność wydawali czasem mniej niż 1 proc. swojego PKB, a zwiększali wydatki na edukację, służbę zdrowia czy zabezpieczenia socjalne, niestety są za nami. Można wyjaśniać, że architektura bezpieczeństwa w naszym regionie się bardzo zmieniła na naszą niekorzyść.

Ale sprowadzanie tego do jednego mianownika jest proste: z powodu agresywnej polityki Rosji, jeśli nie chcemy mieć w Polsce rosyjskich żołnierzy i bestialstwa, jakiego dokonali np. w ukraińskiej Buczy, to musimy zwiększyć zdolność państwa polskiego do obrony. I tu nie wystarczą płomienne wystąpienia na konferencjach prasowych czy patriotyczne marsze. Nie wystarczy energiczne machanie flagą i najgłośniejsze śpiewanie hymnu. Tu potrzebne jest też działanie bardzo prozaiczne. Jako społeczeństwo musimy sobie uświadomić, że poprawa naszego bezpieczeństwa wiąże się z ponoszeniem kosztów przez obywateli RP.

Czytaj więcej

Wojsko kupuje pociski rakietowe za 14 mld zł. Powstanie nowa fabryka

Kasa, misiu, kasa

Te koszty w uproszczeniu można rozłożyć na dwie części. Pierwszą jest zaangażowanie. Bo na wojnie nie walczy tylko wojsko zawodowe. Walczą również rezerwiści, którzy w czasie pokoju powinni się szkolić poświęcając na to swój czas. Ale w dużej mierze ciężar wysiłku wojennego ponoszą także zwykli obywatele, którzy odpowiadają za obronę cywilną, za opiekę zdrowotną, za to, by działały systemy energetyczno-cieplne, za komunikację. Warto spojrzeć choćby na to, jak ważne są dla Ukraińców koleje.

Drugą częścią, zapewne bardziej wymierną, są koszty finansowe. W ostatnich latach mocno zwiększyliśmy nasze wydatki na obronność. I choć nie osiągnęliśmy mitycznych 5 proc. PKB, to i tak zapowiadana na ten rok kwota 200 mld zł robi wrażenie. Przeznaczymy je na nowoczesne czołgi, samoloty, okręty, szkolenie żołnierzy i ich pensje. To nie gwarantuje, że będziemy mieli sprawną armię, ale to stanowi podstawę, by ją zbudować. W ten sposób dajemy sobie szansę.

Reklama
Reklama

Wszyscy musimy zapłacić

I tu dochodzimy do sedna problemu. Te 200 mld zł nie spadnie nam z nieba. My, obywatele RP, musimy się na nie zrzucić. Nawet jeśli część pożyczymy, to będziemy musieli je potem oddać. Głównym źródłem przychodów budżetowych są podatki, które my – ja, Pan czy Pani – płacimy. Tymczasem z sondażu IBRiS, który publikujemy w „Rzeczpospolitej”, wynika, że Polacy nie chcą wprowadzenia dodatkowego podatku na obronność.

Oczywiście, można znaleźć 67 różnych wyjaśnień czy wymówek, dlaczego tak jest. Że państwo jest nieefektywne, że teraz rządzą ci, a nie tamci, że przecież i tak już tyle płacimy. Prawda jest jednak taka, że w budżecie państwa nie ma wystarczająco dużo środków, by zapewnić odpowiednią edukację, służbę zdrowia czy właśnie zdolność państwa do obrony. Na coś musimy się zdecydować. A jeśli zaniedbamy kwestie obronności, to rozmowa o tym, że nasza opieka zdrowotna czy szkoły nie działają idealnie, stanie się bezprzedmiotowa.

Jak wiadomo, nie ma darmowych lunchów. Ale warto też pamiętać, że nie ma darmowych czołgów. Zwiększanie zdolności państwa do obrony kosztuje. I to my musimy za to zapłacić. 

Opinie Ekonomiczne
Piotr Skwirowski: Firmy między cenowym młotem a kowadłem
Opinie Ekonomiczne
Ptak-Iglewska: Rząd gra Mercosurem w ryzykownego pokera
Opinie Ekonomiczne
Bogusław Chrabota: Przyglądajmy się z uwagą Bułgarii
Opinie Ekonomiczne
Cezary Szymanek: Najpierw Unia Europejska, potem euro
Opinie Ekonomiczne
Witold M. Orłowski: Sądu nad Starym Rokiem ciąg dalszy
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama