Ma ona znacznie większy sens dla państwa niż niejedna marnotrawna branża gospodarki. Dlatego, gdy mówimy o programie 500+, powinniśmy zastanawiać się nie nad potrzebą jego wprowadzenia, tylko nad jego rozmiarem i finansowaniem.
Polskie społeczeństwo gwałtownie się starzeje. Rodzi się coraz mniej dzieci. Już niedługo zacznie brakować pracowników. Te procesy przebiegają u nas gwałtowniej niż w rozwiniętych krajach Zachodu. Oczywiście, gdy braki na rynku pracy osiągną znaczne rozmiary, wówczas wzorem Zachodu sięgniemy po imigrantów. Będziemy wydawać wielkie pieniądze na ich przygotowanie do życia w naszym kraju, domy, szkoły i nauczycieli. Na wielką skalę spotkamy się z obcymi wzorami obyczajowymi. Zamiast czekać na takie wielkie i kosztowne zderzenie kulturowe, warto już dziś zainwestować w polskie rodziny.
Trzeba przyjąć, że posiadanie trójki dzieci to nie jest jakieś hobby. Że nie musi się to wiązać z wyrzeczeniami, rezygnacją z życiowych ambicji czy degradacją finansową. Powinno być normą, że państwo – tak jak wspiera emerytury rolników czy górników – powinno dbać o to, by rodziło się więcej dzieci.
Dziwią mnie ekonomiści zaniepokojeni tym, że wejście w życie programu 500+ spowoduje odpływ z rynku pracy 250–300 tys. matek. Przecież większość tych kobiet tak naprawdę pracuje dziś na dwa etaty. Bo samo wychowywanie kilkorga małych dzieci to praca na pełny etat. Ale od tego dzisiejszego odpływu ważniejsze jest to, że w przyszłości będzie miał kto pracować.
Oczywiście sprawa rynku pracy jest ważna. Rząd powinien zadbać o to, by kobiety, które dzięki programowi dziś przestaną pracować, nie straciły kontaktu z zawodem. By po wychowaniu dzieci mogły wrócić do pracy.