Krzysztof Adam Kowalczyk: Elektryfikacja to ciągle luksus

Zakup samochodu elektrycznego zamiast spalinowego zwróci się po pięciu latach. Z dotacją – po ponad dwóch. Pod warunkiem że mamy fotowoltaikę.

Publikacja: 13.04.2023 03:00

Krzysztof Adam Kowalczyk: Elektryfikacja to ciągle luksus

Foto: Adobe Stock

Eksperci wieszczą, że już za chwilę, już za momencik krzywe cen samochodów elektrycznych oraz spalinowych się przetną i pojazdy bezemisyjne będą tańsze od spalinowozów. Na razie owa konwergencja cen dokonuje się głównie poprzez podwyżki cen aut na benzynę czy diesli, bo najtańszy samochód elektryczny popularnej i niedrogiej marki (nie podjezdka typu motorower na czterech kołach) to dziś wydatek – bagatela – 107 tys. zł. Jego benzynowy odpowiednik kosztuje ok. 70 tys. zł. Różnica jest więc znaczna. Po ilu latach się zwróci, jeśli wybierzemy e-auto?

Prawdopodobnie nigdy, jeśli jego posiadacz zdany jest wyłącznie na szybkie ładowarki publiczne, bo tam stawki są porównywalne z kosztem klasycznego paliwa. Inaczej, jeśli ktoś już ma instalację fotowoltaiczną na własnym domu lub w ogródku i za dnia może „tankować” prąd za darmo. Zróbmy małą analizę.

Załóżmy, że nasze auto pokonywać będzie ok. 15 tys. km rocznie, a jego wersja spalinowa zużywałaby 6,5 l benzyny na 100 km, co w ruchu miejskim jest wynikiem oszczędnym. Przy takich założeniach owe 37 tys. zł nadwyżki w cenie pojazdu elektrycznego zwróci się dzięki darmowemu tankowaniu z własnej fotowoltaiki po pięciu latach i trzech miesiącach przy cenie Pb95 średnio 7 zł za litr, a po czterech i pół roku, jeśli stawka za Pb95 wzrośnie do 8,5 zł (co nie jest niemożliwe).

Jeśli jednak ktoś sięgnie po 18 750 zł dotacji do zakupu takiego auta z programu „Mój elektryk”, okres zwrotu się znacznie skróci: przy cenie benzyny 7 zł/l – do dwóch lat i ośmiu miesięcy, a przy 8,5 zł – do dwóch lat i niespełna trzech miesięcy.

Biorąc pod uwagę, że bezawaryjnie da się auto eksploatować przez sześć czy nawet siedem lat, nie jest to perspektywa bardzo zachęcająca. Ale może się taką stać, gdy różnica cen między spalino- a elektrowozami będzie topnieć, a dotacja nie zniknie (co jednak nie jest pewne). Na razie auta elektryczne są w Polsce prawdziwym luksusem, nic więc dziwnego, że stanowią zaledwie 4 proc. rejestrowanych w naszym kraju pojazdów.

Czytaj więcej

Mocniej przyspieszy sprzedaż e-aut

Eksperci wieszczą, że już za chwilę, już za momencik krzywe cen samochodów elektrycznych oraz spalinowych się przetną i pojazdy bezemisyjne będą tańsze od spalinowozów. Na razie owa konwergencja cen dokonuje się głównie poprzez podwyżki cen aut na benzynę czy diesli, bo najtańszy samochód elektryczny popularnej i niedrogiej marki (nie podjezdka typu motorower na czterech kołach) to dziś wydatek – bagatela – 107 tys. zł. Jego benzynowy odpowiednik kosztuje ok. 70 tys. zł. Różnica jest więc znaczna. Po ilu latach się zwróci, jeśli wybierzemy e-auto?

2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Opinie Ekonomiczne
Witold M. Orłowski: Gospodarka wciąż w strefie cienia
Opinie Ekonomiczne
Piotr Skwirowski: Nie czarne, ale już ciemne chmury nad kredytobiorcami
Ekonomia
Marek Ratajczak: Czy trzeba umoralnić człowieka ekonomicznego
Opinie Ekonomiczne
Krzysztof Adam Kowalczyk: Klęska władz monetarnych
Opinie Ekonomiczne
Andrzej Sławiński: Przepis na stagnację