Kilka tygodni temu pewien wpływowy działacz partii rządzącej zapowiedział, że w odpowiedzi na działania Komisji Europejskiej „nie pozostaje nam nic innego jak wyciągnąć wszystkie armaty i odpowiedzieć ogniem zaporowym”. Rządzący chyba serio przygotowują się na to, że pieniędzy z Krajowego Planu Odbudowy nie dostaną. „Koniec tego dobrego”, zapowiedział pewien jeszcze bardziej wpływowy polityk, przed udaniem się na urlop – mając zapewne na myśli to, że Polacy powinni zapomnieć o takich dobrach, jak budowa nowych dróg, modernizacja kolei i wsparcie dla transformacji energetycznej. Rzeczywiście, do dobrego łatwo się przyzwyczaić, ale wszystko co dobre ma też jakąś cenę.

Groźba odpowiedzi ogniem zaporowym na piętrzone przez eurokratów trudności nie jest wcale fantazją. W jej świetle zupełnie inaczej można odczytać masowe zakupy broni przez MON. 500 wyrzutni HIMARS i 700 dział samobieżnych z Korei? Eurokraci powinni się poważnie zastanowić. Niewykluczone, że wzorem Ludwika XIV na armatach każemy umieścić napis: „ultima ratio regum” (czyli po polsku: „ostatni argument władców”).

Niestety, wygląda na to, że zapatrzeni w przeszłość rządowi stratedzy nie doceniają zmian, które zaszły w sztuce wojennej. Jeszcze 100 lat temu ogień zaporowy dział był niezwykle skutecznym sposobem walki. W czasie I wojny światowej strzelająca w ten sposób artyleria była decydującą siłą na polu bitwy (odpowiadała nawet za 60–70 proc. strat wszystkich walczących armii). Za szczyt mistrzostwa uważano wtedy manewr francuskiego generała Gouraud. Spodziewając się wrogiego uderzenia, wycofał o dwa kilometry swoje wojska, a kiedy Niemcy dotarli do opuszczonych okopów, zniszczył ich ogniem artylerii.

Problem w tym, że próby powtórzenia przez Francuzów tego manewru w czasie kolejnej wojny kończyły się klęską: zanim uruchomili artylerię, niemieckie czołgi już dawno okrążyły ich pozycje. Metoda ognia zaporowego działała bowiem dobrze wówczas, kiedy przeciwnik był powolny i niemobilny, zapasy amunicji ogromne, a artylerzyści świetnie wyszkoleni.

Jak to wygląda w kontekście bitwy, którą rządowi stratedzy chcą wydać Brukseli? Komisji Europejskiej można wiele zarzucać, ale nie to, że jest źle wyposażona i niezdolna do manewru. Jeśli chodzi o nasze zapasy amunicji, to sprawa ma się jeszcze gorzej. Polska gospodarka zmierza prostą drogą do recesji, a silne osłabienie złotego spowodowałoby jednoczesne przyspieszenie inflacji (jednoczesną recesję i inflację nazywa się stagflacją). Pieniądze z KPO są więc nam teraz potrzebne jak rzadko kiedy, bo z naszą amunicją jest naprawdę krucho. Wyszkolenia rządowych artylerzystów nie będę oceniać, ale sprawność działania w sprawie: zatrutej Odry, miliona aut elektrycznych, zaopatrzenia kraju w węgiel oraz istniejącego wciąż tylko na pięknych wizualizacjach CPK, daje do myślenia.

Czy doświadczenia ze sfery militarnej da się przenieść do gospodarki? W pewnej mierze tak. Ale trzeba umieć je odczytywać. Ukraińcy odnoszą sukcesy dzięki precyzyjnym uderzeniom możliwym dzięki nowoczesnej technologii Zachodu. Ogniem zaporowym z wykorzystaniem przestarzałej artylerii, której zaczyna brakować amunicji, posługują się za to Rosjanie. Szczerze mówiąc, wolałbym, żeby nasi rządzący nie wzorowali się przesadnie na metodach działania Rosji. Ani w wojsku, ani w gospodarce, ani w polityce.