Reklama

Mariusz Janik: Widmo zimnych grzejników krąży nad Europą

Czeka nas bardzo trudny sezon grzewczy. Żeby go przetrwać, będziemy potrzebować nerwów ze stali.

Publikacja: 16.05.2022 13:38

Mariusz Janik: Widmo zimnych grzejników krąży nad Europą

Foto: Bloomberg

Na giełdach energii rzadko widuje się coś takiego: ceny spotowe – a więc zakupy „od ręki”, na bieżące potrzeby – są dziś niższe od tych, na które opiewają kontrakty długoterminowe. Różnica jest wyjątkowo uderzająca: jeśli zakup 1 MWh na tzw. rynku dnia następnego oznacza wydatek rzędu ok. 500 zł, to w kontraktach, które miałyby być realizowane w przyszłym roku, ceny przebijają pułap 1000 zł za 1 MWh.

Teoretycznie, powinno być odwrotnie: kontrakt długoterminowy zawiera pewien opust wynikający z zawarcia długoterminowego zobowiązania, pewności nadchodzących płatności. Z reguły taka umowa obejmuje też przecież większą ilość kupowanego towaru, w tym przypadku – energii. W anomalii tej regulatorzy i część ekspertów mogą dopatrywać się jakiejś spekulacji – ba!, karygodnych manipulacji rynkowych. Ale nie sposób też nie wziąć pod uwagę nastrojów panujących w energetyce.

Przedsmaku obecnych turbulencji doświadczyliśmy ostatniej jesieni, gdy okazało się, że u progu zimy gwałtownie wzrosło zapotrzebowanie na gaz, magazyny okazały się na wpół puste, a Gazprom nie kwapił się ze zwiększeniem dostaw. Przez pewien okres niemal codziennie słyszeliśmy o rekordach cenowych na poszczególnych surowcach i bardziej wnikliwie niż kiedykolwiek wcześniej analizowaliśmy prognozy pogody, wyczekując ocieplenia, które pozwoli nieco skręcić kaloryfery.

Czytaj więcej

Litwa: jest życie bez gazu z Rosji. LNG z USA zaspokaja popyt

Wraz z nastaniem wiosny nie przyszła jednak ulga, bo w ostatnich dniach zimy Kreml zafundował nam kolejny wstrząs. Jego oczywistym założeniem było postawienie świata, a w szczególności Europy, przed moralnym dylematem: albo przymykacie oko na agresję na Ukrainę i robimy dalej interesy, albo będziecie marznąć, a wasze energochłonne firmy niechaj padają. Ku wielkiemu zapewne zaskoczeniu, Europa postawiła na bezprecedensowe sankcje i wystawiła się na wielkie ryzyko.

Reklama
Reklama

Ryzyko to polega na tym, że nie dziś, lecz właśnie następnej zimy możemy zaliczyć spotęgowaną powtórkę z kryzysu energetycznego. Albowiem Europa nie zakręca kurków gazo- i ropociągów w dniu, w którym zapada decyzja o odcięciu się od rosyjskich surowców. Przykładowo, kontrakt Polski na gaz z gazociągu jamalskiego po prostu wygasa późną jesienią i nikomu nie przyszło do głowy, by zrywać go wcześniej. Innymi słowy: w nadchodzących miesiącach nadal korzystamy z rosyjskich surowców, a za tych kilka miesięcy przez pewien czas moglibyśmy się oprzeć na strategicznych rezerwach magazynowych.

Czas do końca roku to zatem czas zapewnienie alternatywnych źródeł i dostaw energii. A to, jak na razie, idzie dosyć słabo. Najwięksi eksporterzy surowców to kraje, które nie kwapią się z odsieczą. W USA producenci ropy – jak pisał niedawno „The New York Times” – nie wierzą na razie w to, że wysokie ceny surowców będą zjawiskiem stałym, więc nie chcą nadmiernie inwestować w nowe moce wydobywcze i przetwórcze. Inni najpoważniejsi dostawcy – Arabia Saudyjska, Iran, Wenezuela – to państwa, które mają na pieńku z Zachodem. Analogicznie wygląda sytuacja z LNG: lwia część zaplanowanej na kilka następnych lat produkcji została już zakontraktowana.

Podstawowy problem polega zatem na tym, że wydobycie i eksport surowców było dostosowane do popytu. Nawet gdyby udało się namówić inne kraje niż Rosja do zwiększenia dostaw, musiałyby one zainwestować w eksploatację nowych złóż, nowe moce wydobywcze i przerobowe, musiałoby się pojawić więcej środków transportu, np. gazowców do transportu LNG. Wszystko to proces czasochłonny, podobnie zresztą jak kolejna często wspominana alternatywa – odnawialne źródła energii. Realizacja poważnego projektu z tego obszaru, przyglądając się choćby największym planowanym projektom morskich farm wiatrowych, to kwestia kilku lat, a nie miesięcy.

Przed nami zatem sezon grzewczy bez rosyjskich surowców i bez surowców, które mogłyby zastąpić rosyjskie surowce. Bez wypełnionych „pod korek” magazynów i bez projektów energetycznych, które mogłyby zastąpić surowce kopalne w ogóle. Żeby go przetrwać, będziemy potrzebować nerwów ze stali. A tych na giełdach energii nie jest wcale tak wiele.

Czytaj więcej

Spada tranzyt gazu przez Ukrainę. Rośnie przesył na Węgry
Opinie Ekonomiczne
UE może stać się ofiarą amerykańskiej dominacji energetycznej
Opinie Ekonomiczne
Witold M. Orłowski: Davos, czyli tam i z powrotem
Opinie Ekonomiczne
Grzegorz Kozieja: Jak umowa UE-Mercosur wpłynie na interesy rolników
Opinie Ekonomiczne
Katarzyna Kucharczyk: Znikające taksówki. Quo vadis, gospodarko?
Opinie Ekonomiczne
Michał Duszczyk: Byliśmy potęgą, ale dziś ogrywają nas Niemcy
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama