Na giełdach energii rzadko widuje się coś takiego: ceny spotowe – a więc zakupy „od ręki”, na bieżące potrzeby – są dziś niższe od tych, na które opiewają kontrakty długoterminowe. Różnica jest wyjątkowo uderzająca: jeśli zakup 1 MWh na tzw. rynku dnia następnego oznacza wydatek rzędu ok. 500 zł, to w kontraktach, które miałyby być realizowane w przyszłym roku, ceny przebijają pułap 1000 zł za 1 MWh.

Teoretycznie, powinno być odwrotnie: kontrakt długoterminowy zawiera pewien opust wynikający z zawarcia długoterminowego zobowiązania, pewności nadchodzących płatności. Z reguły taka umowa obejmuje też przecież większą ilość kupowanego towaru, w tym przypadku – energii. W anomalii tej regulatorzy i część ekspertów mogą dopatrywać się jakiejś spekulacji – ba!, karygodnych manipulacji rynkowych. Ale nie sposób też nie wziąć pod uwagę nastrojów panujących w energetyce.

Przedsmaku obecnych turbulencji doświadczyliśmy ostatniej jesieni, gdy okazało się, że u progu zimy gwałtownie wzrosło zapotrzebowanie na gaz, magazyny okazały się na wpół puste, a Gazprom nie kwapił się ze zwiększeniem dostaw. Przez pewien okres niemal codziennie słyszeliśmy o rekordach cenowych na poszczególnych surowcach i bardziej wnikliwie niż kiedykolwiek wcześniej analizowaliśmy prognozy pogody, wyczekując ocieplenia, które pozwoli nieco skręcić kaloryfery.

Czytaj więcej

Litwa: jest życie bez gazu z Rosji. LNG z USA zaspokaja popyt

Wraz z nastaniem wiosny nie przyszła jednak ulga, bo w ostatnich dniach zimy Kreml zafundował nam kolejny wstrząs. Jego oczywistym założeniem było postawienie świata, a w szczególności Europy, przed moralnym dylematem: albo przymykacie oko na agresję na Ukrainę i robimy dalej interesy, albo będziecie marznąć, a wasze energochłonne firmy niechaj padają. Ku wielkiemu zapewne zaskoczeniu, Europa postawiła na bezprecedensowe sankcje i wystawiła się na wielkie ryzyko.

Ryzyko to polega na tym, że nie dziś, lecz właśnie następnej zimy możemy zaliczyć spotęgowaną powtórkę z kryzysu energetycznego. Albowiem Europa nie zakręca kurków gazo- i ropociągów w dniu, w którym zapada decyzja o odcięciu się od rosyjskich surowców. Przykładowo, kontrakt Polski na gaz z gazociągu jamalskiego po prostu wygasa późną jesienią i nikomu nie przyszło do głowy, by zrywać go wcześniej. Innymi słowy: w nadchodzących miesiącach nadal korzystamy z rosyjskich surowców, a za tych kilka miesięcy przez pewien czas moglibyśmy się oprzeć na strategicznych rezerwach magazynowych.

Czas do końca roku to zatem czas zapewnienie alternatywnych źródeł i dostaw energii. A to, jak na razie, idzie dosyć słabo. Najwięksi eksporterzy surowców to kraje, które nie kwapią się z odsieczą. W USA producenci ropy – jak pisał niedawno „The New York Times” – nie wierzą na razie w to, że wysokie ceny surowców będą zjawiskiem stałym, więc nie chcą nadmiernie inwestować w nowe moce wydobywcze i przetwórcze. Inni najpoważniejsi dostawcy – Arabia Saudyjska, Iran, Wenezuela – to państwa, które mają na pieńku z Zachodem. Analogicznie wygląda sytuacja z LNG: lwia część zaplanowanej na kilka następnych lat produkcji została już zakontraktowana.

Podstawowy problem polega zatem na tym, że wydobycie i eksport surowców było dostosowane do popytu. Nawet gdyby udało się namówić inne kraje niż Rosja do zwiększenia dostaw, musiałyby one zainwestować w eksploatację nowych złóż, nowe moce wydobywcze i przerobowe, musiałoby się pojawić więcej środków transportu, np. gazowców do transportu LNG. Wszystko to proces czasochłonny, podobnie zresztą jak kolejna często wspominana alternatywa – odnawialne źródła energii. Realizacja poważnego projektu z tego obszaru, przyglądając się choćby największym planowanym projektom morskich farm wiatrowych, to kwestia kilku lat, a nie miesięcy.

Przed nami zatem sezon grzewczy bez rosyjskich surowców i bez surowców, które mogłyby zastąpić rosyjskie surowce. Bez wypełnionych „pod korek” magazynów i bez projektów energetycznych, które mogłyby zastąpić surowce kopalne w ogóle. Żeby go przetrwać, będziemy potrzebować nerwów ze stali. A tych na giełdach energii nie jest wcale tak wiele.

Czytaj więcej

Spada tranzyt gazu przez Ukrainę. Rośnie przesył na Węgry