Kryzys? Jaki kryzys? Giełda to najlepsze odzwierciedlenie nastrojów w gospodarce, a amerykański indeks S&P500 jest już bardzo blisko historycznych poziomów z jesieni 2007. Właśnie przekroczył barierę 1500 punktów, a do rekordu brakuje mu zaledwie 5 proc. Tylko dwie dobre sesje dzielą najważniejszy globalny indeks giełdowy od osiągnięcia wartości, którą ostatni raz widzieliśmy w czasach błogiej radości, nadziei i spokoju.

Skąd tak dobry wynik? Przecież intuicyjnie każdy wie, że kryzys gospodarczy trwa. Bezrobocie na świecie jest wysokie, stopień niepewności duży, wiara w trwałość wzrostu gospodarczego niska, sektor finansowy niestabilny, finanse publiczne kruche. Zresztą spójrzmy na polski indeks WIG20 – do rekordu brakuje mu aż 50 proc.! Skąd zetem taka siła indeksu amerykańskiego?

Wielu twierdzi, że to jedynie efekt luźnej polityki pieniężnej banków centralnych. Nie uważam jednak, by ta argumentacja była przekonująca. W ostatnich latach mocno wzrosły nie tylko ceny akcji, ale również zyski spółek. Stosunek cen akcji do zysków, skorygowany cyklicznie, nie odbiega znacząco od długookresowej średniej i jest znacząco niższy niż w 2007 r. Na giełdach nie ma bańki.

W rajdzie S&P500 (i kilku innych indeksów) widać natomiast jak na dłoni pewne trendy, które dobrze cechują współczesną gospodarkę globalną. Po pierwsze, zyskowność dużych firm rośnie dzięki ich rosnącej sile przetargowej w negocjacjach z pracownikami. Kapitał jest coraz bardziej mobilny, a siła robocza nie. Po drugie, coraz bardziej odczuwalne jest, że zwycięzcy na poszczególnych rynkach zgarniają całe pule. Czyli duże i silne firmy korzystają na efektach marki, przyzwyczajeń, mody, skali itd. Prawdopodobnie twórcy polskiego Grona byli nie mniej inteligentni i przedsiebiorczy niż Mark Zuckerberg, twórca Facebooka, ale ich firma została zmieciona przez amerykańskiego giganta niczym liść przez miotłę. Po trzecie, teorie, że rynki wschodzące będą szybko gonić kraje rozwinięte są coraz częściej weryfikowane i ustępują miejsca hipotezie o pułapce średniego dochodu. To znaczy, że istnieje ryzyko, że zamiast gonić Amerykę, kraje takie jak Polska utkną gdzieś w połowie drogi. Dlatego globalny kapitał znacznie bardziej interesuje się obligacjami skarbowymi rynków wschodzących niż akcjami: bezpieczeństwo jest, ale perspektywy rozwoju bledną. Lepiej kupować akcje dużych koncernów zachodnich prowadzących ekspansję na świecie.

Mamy zatem hossę silnych. A czy trendy, które są jej podstawą, utrzymają się? O tym innym razem.

Ignacy Morawski, główny ekonomista Polskiego Banku Przedsiebiorczości, publicysta