Ale od czasu do czasu przeszkadzają mu w tym politycy, a szczególnie Angela Merkel. Szef EBC przypomina więc czasem Syzyfa.

Draghi, lecząc chorą strefę euro, sięgnął po eksperymentalne terapie. Są to np. negatywne stopy depozytowe, czyli takie, które sprawiają, że banki trzymające swoje pieniądze w EBC muszą mu dopłacać za ten przywilej. Ma to je zmusić do tego, żeby w większym stopniu zasilały realną gospodarkę strumieniem kredytów. Efekty są jednak mocno dyskusyjne. Może to skłaniać banki do obniżania oprocentowania depozytów zwykłych ludzi, którzy powierzają im pieniądze, a w ostatnich miesiącach mógł skłaniać spekulantów do pozbywania się akcji dużych europejskich banków. Wszak ujemne stopy procentowe to rzecz na tyle niezwykła, że rodzi obawy, iż banki na niej tracą.

Draghi się jednak tymi obawami wydaje mało przejmować i właśnie obniżył negatywną stopę depozytową jeszcze bardziej. Obciął też główną stopę procentową EBC. Do zera. Bo po co się ograniczać? Zaskoczył też zwiększeniem programu QE – czyli skupu aktywów z 60 mld do 80 mld euro miesięcznie. To akurat inwestorów ucieszyło, bo na rynek trafi przez to więcej pieniędzy, co może skutkować tym, że będą drożały akcje. Zwiększenie QE i cięcie stóp ma doprowadzić też do osłabienia euro, a to z kolei ma pomóc eksporterom i pobudzić inflację.

Czy to zadziała? Draghi próbuje pobudzić wzrost gospodarczy w Europie już od 2011 r. i wzrost ten nadal jest dosyć słaby. Europejska gospodarka nie odrobiła jeszcze strat powstałych od wybuchu kryzysu.

Choć kryzys w strefie euro przycichł, a kraje takie jak Hiszpania czy Irlandia osiągają stabilny wzrost gospodarczy, to Europa jest wciąż daleka od pełnego wyzdrowienia. Sama polityka pieniężna nie jest w stanie jej ożywić. Potrzeba również, by rządy stymulowały i reformowały gospodarkę. Europejskie rządy nie mają jednak ku temu sił. Rozwiązują wszak problemy, których narobiła im Merkel.