– To niedopuszczalne – komentują pracownicy mazowieckiego NFZ.Pani Ewa zadzwoniła wczoraj rano do przychodni przy ul. Kijowskiej na Pradze-Północ. Od kilku lat jest tam zarejestrowana jako pacjentka, za którą płaci NFZ. Wczoraj, kiedy termometr wskazał 38 stopni Celsjusza, kobieta się przeraziła.
– Dlatego chciałam od razu dostać się do mojego internisty – mówi nasza czytelniczka. – Czułam się fatalnie. Miałam objawy silnego przeziębienia, no i ta wysoka gorączka – opowiada.
Od rejestratorki usłyszała, że lekarz przyjmie ją, ale dopiero w... poniedziałek.
Kiedy zdziwiona za- protestowała, dowiedziała się, że może spróbować przyjść po południu i zapytać lekarza, czy ją przyjmie.
– Ale pani w rejestracji od razu mnie uprzedziła, że to będzie mało prawdopodobne, bo jest sezon zachorowań, a rano nie było żadnego lekarza – tłumaczyła.
Dyrektorka przychodni przy ul. Kijowskiej Agnieszka Mrozowicz uważa, że musiał nastąpić „problem z komunikacją”.
– Być może pacjentka źle zrozumiała naszego pracownika. Zapewne zaproponowano jej przyjście do lekarza, ale w godzinach popołudniowych – mówi Mrozowicz.
I dodaje, że pacjenci często nerwowo reagują, kiedy usłyszą, że muszą czekać na wizytę. Mrozowicz na pytanie, czy pacjenci często się skarżą na trudności z dostaniem się do lekarza, odpowiada: – Czasami.
Całą sytuacją jest zaskoczona Wanda Pawłowicz z mazowieckiego Funduszu.
– Lekarze mają obowiązek natychmiastowego przyjęcia pacjenta z gorączką – mówi urzędniczka.
– Fundusz za każdego pacjenta płaci ryczałt. W zależności od wieku chorego jest to od 81 do ponad 100 zł rocznie. Przy dużej liczbie zarejestrowanych osób to są naprawdę spore sumy – uważa Wanda Pawłowicz. I dodaje, że przychodnia przy ul. Kijowskiej, w której przyjmuje sześciu internistów, kontrakt z NFZ podpisuje już od kilku lat.
–To jedna z największych placówek w tamtej okolicy. Karty ma tu założone kilka tysięcy osób – mówi.
Pani Ewa ostatecznie zdecydowała się na wizytę w prywatnym gabinecie. Zapłaciła za nią 70 zł.
– Ale musiałam iść, bo potrzebne mi było zwolnienie od lekarza. Przecież w takim stanie nie mogłam się zgłosić do pracy – wyjaśnia.
I dodaje, że to już nie pierwszy raz odesłano ją z tej przychodni z kwitkiem. – Za każdym razem tłumaczą to brakiem lekarzy i nawałem pacjentów– twierdzi czytelniczka.