„I jest tak zimno/ To chłód jak po śmierci.../A potem się uśmiechnęłaś” – śpiewał Robert Smith na początku koncertu w Gdyni słowami piosenki „Plainsong”, która otworzyła polski koncert tegorocznego tournée.
The Cure na Open'erze walczył z zimnem
A był w niej również zawarty scenariusz wieczoru. Bo było zimno, fani przybyli w sztormiakach, nad widownią powiewały parasolki.
Trudno się dziwić: termometr wskazywał 16 stopni, ale odczuwalne było 10 stopni. Emblematem dość niskiej jak na lato temperatury, zwłaszcza po rekordowych upałach jeszcze z początku tygodnia, był gitarzysta zespołu – w przeciwdeszczowym płaszczu, w czarnej czapce, na którą pod koniec założył jeszcze kaptur.
Ale Robert Smith jak na lidera przystało - dawał z siebie wszystko. Pajęczyna jego włosów powiewała na wietrze, on jednak śpiewał prosto z serca, a na koniec się uśmiechał i kładąc rękę na sercu po ponaddwugodzinnym koncercie wielokrotnie dziękował fanom.
The Cure i wielkie hity w finale
Finał był zresztą szczególny. Bisy stały się wielce atrakcyjnym minikoncertem złożonym z sześciu hitów. Jako pierwsze usłyszeliśmy „Lullaby”, a komplet hitów spointowały równie utytułowane hymny „The lovecats”, „Friday I'm in love” – a był przecież piątek – i ostatni „Boys don't cry”.
Po tym hicie Robert Smith wyraził nadzieję, że jeszcze się zobaczymy. Solenność tej obietnicy wzmacniało być może lekkie poczucie winy lidera The Cure, który z powodu zimna, zwłaszcza gdy podczas „Wrong Number” rozpadało się na dobre, jednak skrócił koncert aż o trzy utwory: „Let's go to bed”, „Close to me”, „Why can't I be you?” które zaplanował w programie wieczoru.
Czytaj więcej
Tegoroczny Open’er jest już na półmetku. Największą atrakcją czwartkowego wieczoru był Nick Cave, który przyjechał do Polski z nową płytą „Wild God”.
Ale i bez nich występ, na jaki złożyło się aż 26 piosenek, zrobił imponujące wrażenie, tym bardziej, że nie zabrakło takich przebojów jak „Disintegration”, który zamknął główną część koncertu, czy ironicznie brzmiący „Prayers for rain”.
Zespół był w świetnej formie, brzmiał znakomicie. Właściwie nic się nie zmieniło od pierwszego występu w Polsce w katowickim Spodku trzy dekady temu. Oby tak dalej.