Przygoda druga (choć wcześniejsza), czyli genialny plan Adasia
Tamtego lata było tak upalnie, że Pokrajacy odchodzili od zmysłów.
A i ów dzień, w którym magister inżynier Sebastian Rawa poznał genialny plan swojego najlepszego przyjaciela, wprost drwił z Pokrajaków afrykańską spiekotą, zmieniając ich w nomadów, gotowych się pozabijać dla najmniejszego choćby źródełka, żałosnej strugi czy na wpół wyschniętego bajorka, ba, dla odrobiny wilgotnego błotka, a nawet lichej kropelki wody, góra dwóch.
Czyż można się zatem dziwić, że zdesperowany tłum zapoceńców, który kłębił się właśnie pod murem zespołu basenów kąpielowych Cud nad Pisłą, wydawał nieprzyjazne pomruki i łypał na siebie złowrogo?
Dzieci darły się wniebogłosy, żądając słodzonych napojów, cukrowej waty i balonów o kształtach frymuśnych delfinów, słoni i żołnierzy wyklętych. Ich rodzice pohukiwali na sprzedawców i w pełnych oskarżeń tyradach zarzucali im starozakonny stosunek do relacji produkt-cena, sygnalizując przy tym możliwość spowodowania rychłej i bolesnej kontroli ze strony izby skarbowej, biura antykorupcyjnego lub innego z wielu ważnych organów, jakie były odpowiedzialne za ład, porządek i szczęście w Pokraju.
Chudzi, ocierając pot z czoła, obwiniali grubych o podnoszenie temperatury i nieuprawnione społeczne beneficja. Pomstowali też, że otyłość, ów niepodważalny dowód na przynależność do ciągle jeszcze istniejących w ojczyźnie uprzywilejowanych elit i pasożytniczych układów, powinna być z automatu powodem publicznych wykluczeń.
Młodzi pluli na starych, bo ci, zamiast wegetować w domu, wymachiwali kombatanckimi legitymacjami i próbowali dobić się do kasy bez kolejki. W odpowiedzi starzy krzyczeli o wojnie (nie tej, co była, wszak nawet najstarsi jej już nie pamiętali, ale o tej, co będzie), życząc wszystkim później od siebie urodzonym, żeby ich jaki nowy hitler porządku nauczył, gadów niewdzięcznych.
Długonogie nimfetki, o ciałach tak kuszących, jak tylko może to sobie wyobrazić chirurgia plastyczna, domagały się należytego szacunku od ostrzyżonych na glacę mięśniaków. Ci zaś w prostych, kibolskich słowach komplementowali ich bieliznę, wdzięczącą się spod przykrótkich italskich sukienek prosto z chińskich marketów.
Lolity nie pozostawały łysolom dłużne, z sarkazmem komentując dumne tatuaże na pękatych bicepsach, przerośniętych mięśniach kapturowych oraz chudych łydkach. Pomijały jedynie, z delikatnością właściwą młodym Pokrajkom, tatuaże z papieżem tudzież kotwicą walczącą, bo świętość to świętość i nic się na to nie poradzi.
Na owalnym gazonie – gdzie strojny klomb z czerwonych i białych kwiatów układał się na podobieństwo dumnego godła państwowego – brodaty starzec z tubą i wzmacniaczem chrypiał o konieczności zrzucenia demoliberalnego chomąta i o trojańskim koniu żydłactwa, z którego trzewi wypełzały plemiona żmijowe, trujące od wieków Pokraj toksyną wolnomularskiej bezbożności, psychotronicznych eksperymentów i transgenicznej żywności.
Nieopodal, na równo przystrzyżonym trawniku, rozłożyła się grupa wysportowanych kleryków. Z sutannami podciągniętymi na tyle wysoko, by przydać bladym nogom odrobinę pożądanej opalenizny, a jednocześnie nie uchybić etosowi powołania, czekali, aż ksiądz opiekun powróci ze zbiorczym biletem ulgowym.
Na starca z tubą łypali nieprzyjaźnie. Jak zawsze, kiedy się spogląda na złodzieja, który ci kradnie chleb, a wdowom wdowi grosz, również tobie z racji bożego porządku przynależny.
Najmniejszy nawet zefir nie poruszał płóciennym transparentem KAŻDEGO DNIA TWORZYMY PRZYSZŁOŚĆ POKRAJU I WŁASNĄ, który dostojnie górował nad basenową bramą. Rozgrzany eter z każdą minutą zdawał się gęstnieć.
Gdzieś w oddali migotał w drżącym majaku oddział fizylierów Księstwa Farszawskiego. Wysokie rogatywki z czarnymi pomponami poruszały się leniwie góra-dół-góra-dół, bagnety radośnie pobłyskiwały w słońcu, a śnieżnobiałe nogawki czechczerów, przyjemnie kontrastujące z ciemnym granatem kurtek, cięły klejące się od żaru powietrze w rytmicznym marszu.
Jeszcze niedawno podobna parada niechybnie przyciągnęłaby zaintrygowaną gawiedź, teraz jednak, czy to za sprawą upału, czy też może z powodu nadmiaru grup rekonstrukcyjnych wszelkiej maści, przemierzających regularnie pokrajskie miasta, miasteczka, wsie i przysiółki, spotkała się z nieprzyjemną obojętnością.
Dużo więcej emocji budził już sprzedawca wody sodowej. Jego przewoźny saturator tłumnie oblegali spragnieni. Szklanka bez soku malinowego – złotówka, z sokiem – złoty pięćdziesiąt. Więc nie jest źle, myślał w cichości ducha ten i ów, wystarczy ledwie pięć zeta i da się jakoś przeczekać ten nieprzyjazny czas w upokarzającym ogonku po bilet. A potem już tylko wyśniona oaza, beztroski plusk, fertyczny chlupot i nieustannie mokre gacie.
W tę oto glątwę zapotniałych zniechęceń i wniebopiennych oczekiwań, w której człowieczy zacier kisił się na podobieństwo żuru, majestatycznie wtoczył się miedzianozłoty
cadillac eldorado biarritz z 1959 roku i objechawszy dwukrotnie gazon z rozkrzyczanym starcem, stanął na trawniku, zmuszając zaskoczonych kleryków, by ustąpili mu pola.
Z auta wyskoczył dziarsko Adaś Rembelski, mężczyzna na oko czterdziestoletni, właściciel wypożyczalni zabytkowych aut ślubnych, a przede wszystkim najlepszy przyjaciel inżyniera Rawy od czasów wspólnego leżakowania i plucia budyniem w przedszkolu Pionierów Joliborskich, dziś placówki imienia Przyjaciela Dzieci Księdza Alojzego Buhacz-Badylaka Kapelana Plutonu Przeciwpancernego 7 Pułku Strzelców Konnych XIV Brygady Kawalerii.
Oblicze miał Adaś szczere i krotochwilne, a przy tym niepozostawiające wątpliwości, iż geny jego antenatów meandrowały po wielu zakolach nieprostych pokrajskich dziejów. Okrągła czaszka, twarz gąbczasta jak bochen, kartoflowaty nos i mięsiste wargi o barwie wątróbki z wołu świadczyły o wielowiekowym uwikłaniu przodków w stan trzeci. Wszelako bystre i dumne spojrzenie Sarmatów, a nade wszystko filuterny uśmiech arystokraty dowodziły niezbicie, że klasowe podziały, które szarpały Pokrajem w dawnych wiekach, tak czy owak nie stanowiły wystarczającej tamy dla prawdziwych namiętności.
Stanąwszy przy aucie, Adaś przeciągnął się. Rozłożył przy tym szeroko ramiona i zamachał nimi kilkukrotnie niczym ptak drapieżny, któremu instynkt podpowiada, iż nadszedł oto czas łowów. Na obu tricepsach, jakże atrakcyjnie uwidocznionych dzięki podkoszulkowi z logo zamorskiej drużyny koszykarskiej, zamigotały tatuaże: z lewej – pochylony w klęku templariusz, owinięty wstęgą z napisem: Prawdziwemu Wierni Bogu, efekt niegdysiejszych fascynacji ezoterycznych, z prawej zaś – skośnooka sylfida z wydatnym biustem, pamiątka z wyprawy do jednego z rajów męskiej turystyki, o której to ekskursji Adaś wolałby nie pamiętać.
Gdzieś z boku rozperlił się jasny dziewczęcy śmiech. Trzy gracje, miłośniczki jakże popularnej w Pokraju farby do włosów o nazwie „Spurwysyński Heban”, kołysały biodrami w stronę końca kolejki.
Adaś błyskawicznie zsunął z czoła na nos lustrzane okulary i łypnął w stronę nadchodzącego szczęścia.
– Dzień dobry, śliczne wy moje! – wyszczerzył się, ujawniając między górnymi jedynkami zawadiacką diastemę.
– Bileciki wam może załatwić zorganizować?
– Goń pałę, leszczu! – warknęła środkowa, a zewnętrzne wybuchły idealnie zsynchronizowanym śmiechem.
Bontonowy despekt nie zmącił uśmiechu Adasia nawet na moment.
– Zatem przy zjeżdżalni! – podniósł rękę i rzucił za odchodzącymi. – Si ju!
Tekst jest fragmentem "Pokraju" Andrzeja Saramonowicza.
Andrzej Saramonowicz (ur. 1965) - reżyser, scenarzysta, pisarz i publicysta nazywany niekwestionowanym królem polskiej komedii. Jego kultowe filmy, sztuki teatralne i powieści są kochane przez miliony Polaków od kilkunastu lat. Kinowy „Testosteron” był megahitem 2007 roku i do dziś jest jedną z najchętniej oglądanych polskich komedii. Jako pisarz debiutował w 1990 roku opowiadaniem „Ojciec” na łamach legendarnego pisma „bruLion”. Później zajął się dziennikarstwem i filmem, a do literatury powrócił przed trzema laty pełną sarkastycznego humoru powieścią „Chłopcy”, opowiadającą o kryzysie męskości.