Rz: Kiedy zacząłem czytać „Karnawał", pomyślałem, że znów jest pan prorokiem. Biskup, jedna z postaci sztuki, namawia do ubóstwa i sam je praktykuje. Pisał pan to kilka lat temu, a potem pojawił się papież Franciszek ...
Sławomir Mrożek:
To takie małe proroctwo...
Ale jednak proroctwo... i to zaskakujące.
Franciszek zbyt krótko jest papieżem, by być pewnym, jak sprawy się potoczą. Dużo zależy od lojalności biskupów.
Kiedy w „Karnawale" Prometeusz chce wejść do Kościoła katolickiego, Biskup mówi: „W tym Kościele nie ma herosów, jego wyznawcy są słabi, wymagają opieki i pocieszenia". Wrócił pan do korzeni Kościoła, jego stale zapominanej misji?
Odezwała się we mnie Polska. Naród, którego jestem częścią, do którego zawsze mam stosunek osobisty. Wspólnota ze wszystkimi jej wadami i słabościami.
Gdzie jest Bóg w tej sztuce?
Dokładnie nie wiadomo.
A w ogóle to, czy napisał ją Sławomir Mrożek, czy jednak Baltazar, którego imieniem sygnował pan niedawno wydaną autobiografię?
Jednak Sławomir Mrożek. Nie wypada wycofywać się z zawodu, bo znany jestem jako Sławomir Mrożek i tak już będzie do końca.
„Karnawał" powstał w szczególnych warunkach...
Zgadza się. Po udarze mózgu w ramach terapii napisałem autobiograficznego „Baltazara". Potem próbą powrotu do teatru był skecz „Mołotow", który jako słuchowisko nagrało Polskie Radio.