Adolf Bocheński – wunderkind, który w wieku pięciu lat uczył się czytać, sylabizując „Dzieje oręża polskiego" Mariana Kukiela, a dziesięć lat później opublikował pierwszy, do dziś wznawiany pamflet polityczny („Tendencje samobójcze narodu polskiego") – spocząłby pewnie na odległej półce z szyldzikiem „Klasycy XX-wiecznej polskiej myśli politycznej", gdyby nie pamięć o jego zasługach wojennych: walczył pod Narwikiem, Tobrukiem, Monte Cassino, by zginąć, rozbrajając pole minowe pod Ankoną. „Szedł na najniebezpieczniejsze miejsca, bo poczuwał się do winy, że nie przewidział wojny" – pisał o nim Stefan Kisielewski.
A przecież publicysta założonego przez Giedroycia „Buntu Młodych" wolał się spierać, niż strzelać, i większą przyjemność można sprawić cieniom Bocheńskiego, wydając jego książki, niż nadając jego imię skwerkowi na nieznanym osiedlu. Krakowski Ośrodek Myśli Politycznej wydał w ostatnich latach już dwa tomy pism tego myśliciela politycznego. Teraz przyszła pora na „Imperializm państwowy" – zbiór polemik, recenzji, juweniliów i esejów.
Niektóre z nich rozczulająco trącą myszką. Kto jeszcze, prócz Aleksandra Halla, gotów jest dziś czytać o dylematach Napoleona III? Jak bardzo niszowe musiałoby być pismo, które gotowe byłoby wydrukować szkic pod tytułem „Zagadnienie prawicy w Polsce"? Kto jeszcze „reasumuje w podpunktach" swoje uwagi?
Znalazł się jednak w tym tomie szkic przejmujący, niedościgły, choć też może pod mało rewolwerowym tytułem. „Z historiografii rewolucji ukraińskiej" ukazuje tragiczne dylematy „Galicjan" i „Naddnieprzan" stających się w marszu Ukraińcami, szarpiących się między Wiedniem, Warszawą, Krakowem, Rosją białą i czerwoną w latach 1917–1920. To nie tylko opis zamachów stanu, szarż i zdrad, w niczym nieustępujący w swoim dramatyzmie „Białej gwardii" Michaiła Bułhakowa – to przede wszystkim ukazanie najważniejszych, ponadczasowych napięć i podziałów ukraińskich.
O „Listach z Rosji 1839" markiza de Custine'a napisano, że dobrze opisują Rosję Mikołaja I, za to perfekcyjnie – ZSRS czasów Breżniewa. Adolf Bocheński nie spodziewał się pewnie, że jego uwagi z roku 1930 okażą się świetnym przewodnikiem po Ukrainie najeżdżanej przez Władimira Putina.