Z pomocą drobnych zabiegów charakteryzatorskich Łukasz Szczepanik – odtwórca tytułowej roli w tej premierze Teatru Syrena – wygląda jak Christopher Reeve, najsłynniejszy filmowy Superman. Urodą i sylwetką mu dorównuje, ale nie nosi niebieskiego kostiumu z charakterystycznym znakiem na piersiach, lecz mundur oficera Milicji Obywatelskiej, która w PRL-u troszczyła się o porządek.

W przeciwieństwie do Supermana Kapitan Żbik nie chciał zbawić świata. W socjalistycznej części ziemskiego globu ważniejsza była walka z imperialistycznymi agentami często o hitlerowskiej przeszłości i tym przede wszystkim zajmował się dzielny oficer MO. Inne podobieństwa z Supermanem się zgadzały. Seria o Kapitanie Żbiku była przecież odpowiedzią na poczynania bohaterów amerykańskich komiksów.

Ten pomysł wykorzystał Wojciech Kościelniak autor widowiska zrealizowanego na zamówienie Teatru Syrena. Przeciwnikiem Kapitana Żbika jest niemiecki szpieg Manfred Steif. Za pomocą płynu halucynogennego podanego w napojach podczas partyjnego gremium pragnie ośmieszyć najwyższe władze PRL-u. Na tropie agenta jest jednak MO, więc on ukrywa płyn w ulicznym saturatorze.

Nie zdradzam szczegółów, bo to zaledwie wstęp do akcji. Tak zresztą jak w komiksowych zeszytach sprzed pół wieku kryminalna intryga jest w gruncie rzeczy wątła i nie dałoby się z niej stworzyć dwuaktowego musicalu. Jego twórca chętniej zatem bawi się komiksową konwencją, wzbogacając ją tym, co Melchior Wańkowicz nazywał „dydaktycznym smrodkiem". Kapitan Żbik zatrzymuje co pewien czas zdarzenia, by przekonywać widzów o pożytkach ze zbierania makulatury czy do wspierania milicji w jej walce z przestępcami.

Główną osią są wszakże wspomnienia z PRL-u: żółty saturator będący nieodłącznym atrybutem warszawskich ulic czy automat telefoniczny ciągle łykający monety, a mimo to stała przed nim kolejka, bo był jedynym sposobem łączności. Stołeczny taksówkarz marzy o wygraniu swoją warszawą rajdu Monte Carlo, Marzena poluje na atrakcyjne towary w sklepach, a Wilhelm delektuje się gumą balonową Donald.

O tym śpiewają kolejne postaci niebiorące udziału w akcji. Sceny z ich udziałem mają urok, ale stanowią też pułapkę. Z komediowym wdziękiem, bez przerysowania przywołują realia PRL-u, a dla tych, którzy nie otarli się o tamte czasy, stanowią wyprawę do świata, który ich zdaniem nie mógł istnieć naprawdę. Z drugiej strony te opowieści sprawiają, że spektakl rozpada się na szereg epizodów i stopniowo niknie efekt zaskoczenia, a napięcie spada.

Wojciech Kościelniak – najważniejszy twórca polskiego musicalu – stworzył „Kapitana Żbika i żółty saturator" według swej sprawdzonej recepty. Muzyka (stały partner Kościelniaka Mariusz Obijalski) służy prowadzeniu akcji, nie ma zaś na celu zabawienia widza łatwo wpadającymi w ucho melodiami.

Jak zawsze u Kościelniaka siłą spektaklu są sceny zbiorowe, w których poza Kapitanem Żbikiem i zakochaną w nim Porucznik Olą (świetna wokalnie Iga Rudnicka) nie ma podziału między bohaterami pierwszego, drugiego i trzeciego planu. Każdy ma moment, gdy znajduje się na froncie, a potem ustępuje miejsca innym. Premierowa obsada prezentuje najwyższy profesjonalny poziom. To samo należy powiedzieć o choreografii Eweliny Adamskiej-Porczyk, która w przeciwieństwie do wielu polskich widowisk muzycznych potrafiła taniec i ruch połączyć z akcją i charakterem postaci.