Faithfull jest legendą rocka, bo została kochanką Micka Jaggera, skomponowała z nim „Sister Morphine”, zaśpiewała „As Tears Go By” The Rolling Stones i popadła we wszystkie możliwe nałogi.

A że była piękna i delikatna jak wiosenny kwiat – żałowali jej wszyscy. Mało brakowało, by skończyła jak Janis Joplin. Tymczasem Bóg dał jej drugie życie, w którym uczyniła atut ze zniszczonego głosu. Ostry, punkowy w sam raz pasuje do śpiewania o tym, co przeżyła. Jednocześnie przestała ukrywać zmarszczki pod bujną fryzurą i makijażem. Właśnie taki – prawdziwy, szczery – był poprzedni album „Before the Poison” (2004), na którym zaśpiewała piosenki młodszych od niej rozrabiaków – PJ Harvey i Nicka Cave’a.

Tym razem Faithfull nie zamówiła piosenek u kompozytorów młodszego pokolenia, tylko zaprosiła do współpracy ważne postaci muzyki alternatywnej, korzystając z piosenek, które wybrała wraz z producentem Halem Wilnerem współpracującym niegdyś z Milesem Davisem. Zamiast punkowej aury i niedbale granych, rozjeżdżających się dźwięków otrzymaliśmy album dopieszczony w każdym calu, z bluesowymi i jazzującymi aranżami. W każdej piosence czuć swobodę, były bowiem rejestrowane w pierwszym podejściu. Muzyka płynie nieskrępowanym nurtem, nasyca powietrze, którym oddychamy. Czuć, że Faithfull jest blisko nas, że to kameralny koncert.

Intrygujący jest wybór piosenek. „Down From Dover” to kompozycja Dolly Parton o dziewczynie, której sukienka nie może już ukryć, że spodziewa się dziecka, tymczasem jej głowa zaprzątnięta jest tęsknotą za ukochanym, który zniknął, wystawiając ją na docinki znajomych. Wokalistka zaproponowała aranżację w stylu Ry’a Coodera. Na gitarze zagrał sam Marc Ribot z towarzyszeniem sekcji dętej.

O rozpaczy porzuconej kobiety opowiada też „Solitude” z repertuaru Billy Holiday. Wokalistka śpiewa wolno, jakby smakowała gorycz samotności doprowadzającą ją do szaleństwa. Tymczasem kompozycja tytułowa, blues z 1924 r. śpiewany kiedyś przez Bessie Smith, kobietę mocną, wręcz kojarzoną z przemocą wobec mężczyzn, jest demonstracją wewnętrznej kobiecej siły, która pozwala cieszyć się życiem wbrew wszelkim dramatom. Najbardziej punkowy charakter ma „Hold On, Hold On” z pięknym, wzruszającym refrenem. Liryzmem zniewala „The Crane Wife 3” z udziałem Nicka Cave’a. Ale dwa duety są ważniejsze. Pierwszy to „Children of Stone”, w którym niepowtarzalnym, pełnym rozpaczy głosem śpiewa Rufus Wainwright. W „O O Baby” Smokey Robinsona wystąpił Antony. Przyznam, że już zaczęło mnie irytować cmokanie nad głosem Farinellego naszych czasów. Faithfull potrafiła jednak wydobyć z jego śpiewu kolejną zaskakującą barwę – Antony proponuje pełen żaru soul, Marc Ribot zaś rżnie na gitarze tak ostro, jakby chciał grać z Aerosmith.

W finale słyszymy „Sing Me Back Home”. Szorstkim głosem szepcze z Faithfull Keith Richards. Jestem pewien, że po tej płycie do pani Marianny zadzwoni Jagger i wprosi się na kolejną sesję, by nie tracić okazji do promocji własnej osoby.

[ramka][b]Marianne Faithfull[/b]

[b]EASY COME, EASY GO[/b]

Naive/Dream Music CD 2009[/ramka]

Autopromocja
LOGISTYKA.RP.PL

Branża, która napędza polską gospodarkę

CZYTAJ WIĘCEJ