Reklama

Melancholijne ballady mogą być nowoczesne

Beck, mistrz muzycznego miksu imponuje spokojem? i jest trzeci na światowej? liście hitów - pisze Jacek Cieślak.

Publikacja: 14.03.2014 08:09

Beck, Morning phase, Universal CD, 2014

Beck, Morning phase, Universal CD, 2014

Foto: Rzeczpospolita

Pokolenie, które dojrzewało w latach 60., ma Jeffa Becka (ur. 1944), jednego z najwybitniejszych gitarzystów. Dla słuchających muzyki od początku lat 90. ważniejszy jest inny Beck (ur. 1970) – dla swoich rówieśników tak ważny, jak dla starszych pokoleń Frank Zappa i Tom Waits. Najbardziej świadomy i otwarty artysta, który debiutował w ostatnich trzech dekadach.

Kiedy w połowie lat 90. gwiazdom grunge kończyły się oryginalne pomysły, odświeżył blues-rocka, łącząc go z hip-hopem, jazzem i country. Jego wytrawny gust oraz szerokie horyzonty muzyczne nie mogą dziwić. W świat nowojorskiej bohemy wprowadzała go matka – Bibbe Hansen, przyjaciółka Andy'ego Warhola, znana również z awangardowej grupy Fluxus, z którą współpracowała Yoko Ono. Ojciec David Campbell jest dyrygentem i aranżerem.

Beck dał się poznać hitem „Loser" z debiutanckiej płyty „Mellow Gold" (1994), manifestem młodzieżowego luzu. Od tego czasu artysta charakterystycznym rozleniwionym głosem śpiewa dla nas wspaniałe poetyckie teksty, rzadkie we współczesnej muzyce pop.

Był jednym z nielicznych muzyków, którzy wykorzystując nowe patenty na tworzenie muzyki – skrecze i sample, mieszając rytmy i stylistyki, kontynuował rockowe tradycje. Jego płyt mogą słuchać starsi fani hard rocka, młodzi hiphopowcy i zwolennicy electropopu. Przed każdym otwiera nowe muzyczne horyzonty.

Na okładce najnowszej płyty zaprezentował się w portrecie, który przypomina dwóch tragicznie zmarłych muzyków – Briana Jonesa z The Rolling Stones i Kurta Cobaina z Nirvany. Ale daleko mu do ich szaleństwa. Beck nagrał jeden z najbardziej stonowanych albumów w swoim dorobku, inspirowany muzyką folkową, którą fascynuje się od lat.

Reklama
Reklama

Intrygujące jest to, że gdy młodsi muzycy reprezentujący stylistykę americana eksplorowali, a wręcz eksploatowali dorobek starych mistrzów – Beck wolał grać nowocześnie. Teraz chwycił za gitarę akustyczną, by śpiewać melancholijne ballady. Wszedł do studia z muzykami, z którymi nagrał słynny album „Sea Change" (2002).

Największe wrażenie robi „Wave" – spektakularna, choć stonowana kompozycja oparta na partiach orkiestry i niezapomnianej melodeklamacji. Jej zaskakującym finałem jest instrumentalny motyw „Phase". W zaskakujący sposób rozwija się ballada „Let It Go", z początku o uśpionym rytmie, a pod koniec z pełnym optymizmu refrenem.

„Turn Away" przypomina najlepsze nagrania Simona and Garfunkela. Finał jest jak przedpołudnie po porannym przebudzeniu – dynamiczny: to „Country Down" z partiami harmonijki i gitary dobro. Na zakończenie słyszymy fortepianową kompozycję „Waking Light".

To już zupełnie inna historia – coś w klimacie floydowskich piosenek Davida Gilmoura z okresu „Meddle". Dobrze, że doczekał się następcy.

Jacek Cieślak

Kultura
Słowacki Trenczyn Europejską Stolicą Kultury 2026
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Kultura
Bożena Dykiel. Od nimfy na Hondzie do lokatorki z domu na Wspólnej
Kultura
Nie żyje Bożena Dykiel
Kultura
Sztuka i biznes. Artyści na jubileusz Totalizatora Sportowego
Materiał Promocyjny
Presja dorastania i kryzys samooceny. Dlaczego nastolatki potrzebują realnego wsparcia
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama