Z oryginalnego składu z połowy lat 80. zostało ich dwóch, ale tych najważniejszych: wokalista Ian Astbury i gitarzysta Billy Duffy. Już na trzeciej płycie z rzędu bębni John Tempesta, wcześniej muzyk takich zespołów, jak Exodus, Testament.

Grupa wdarła się do czołówki przebojem „She Sells Sanctuary" w 1985 roku, późniejsza zaś o dwa lata płyta „Electric" znalazła się w zestawie „1001 albumów, które trzeba usłyszeć, zanim umrzesz". Na szczęście nie przytrafiło się to muzykom zespołu, którzy kolejne sukcesy opijali alkoholem. Nie na tyle destrukcyjnie, by nie znaleźć sił na stworzenie swojego opus magnum, czyli „Sonic Temple" (1989), które w Ameryce sprzedało się w milionie egzemplarzy. Rozpad był jednak nieuchronny. Nastąpił w 1995 roku.

Wtedy doszło do najbardziej nieudanego zastępstwa wokalnego w historii rocka. Pianista Ray Manzarek i gitarzysta Robby Krieger z The Doors zaprosili do współpracy Iana Astbury'ego.

Astbury nie starał się nadać hitom The Doors nowej jakości, tylko kopiował Jima Morrisona. Był na niego ucharakteryzowany, co podczas koncertów, w połączeniu z archiwalnymi filmami wyświetlanymi na telebimie, miało wzmóc efekt autentyczności, ale pachniało szalbierstwem.

Astbury wrócił więc do współpracy z Billym Duffym w The Cult. Ten w rozmowie z „Rzeczpospolitą" skomentował rzecz następująco: – Powiem to, czego mogę się jedynie domyślać: nie ma na świecie zbyt wielu ludzi, którzy chcą oglądać The Doors bez Morrisona. Wolą słuchać płyt nagranych za jego życia.

Było za to wielu czekających na powrót The Cult, który nastąpił w 2001 roku. Klimat najnowszej płyty nadaje melancholijny, zwłaszcza w partiach wokalnych, „Hinterland". Mocne są za to partie gitarowe, szczególnie w świetnej solówce, wirtuozerskiej, rozbudowanej. Bo The Cult zawsze łączyli w muzyce ogień i wodę: punkową energię, nowofalową depresję i gotycko-zeppelinowski monumentalizm.

„Hinterland" z jednej strony nawiązuje do buddyzmu, a z drugiej przypomina celtycki mistycyzm Led Zeppelin. Astbury śpiewa o panach przeszłości i mocnych emocjach z minionych lat, wieszcząc jednocześnie upadek swojego pokolenia.

Jedyną receptą jest miłość do ukochanej. I oto mamy współczesny rockowy romans. Ostrą rockową grę kontynuuje „Goat", któremu ton nadaje gitara Duffy'ego. Najbardziej katastroficzną kompozycją albumu z symfonicznymi odniesieniami do Led Zeppelin jest „Deeply Ordered Chaos".

Im bliżej finału, tym bardziej refleksyjna staje się płyta. Przepiękna ballada „Lillies" została zilustrowana bukietem na okładce. „Sound and the Fury" zaś to niespotykana w dorobku zespołu kompozycja fortepianowa. Nawiązuje do prozy Williama Faulknera, ale jej bohaterka przypomina też tajemniczą postać ze „Stairway to Heaven" Led Zeppelin. Astbury śpiewa song o ślepym losie, który sprawia, że jedni giną, a drudzy mogą trwać w swojej życiowej wędrówce.

Autopromocja
LOGISTYKA.RP.PL

Branża, która napędza polską gospodarkę

CZYTAJ WIĘCEJ