Rzeczpospolita: Porozmawiajmy tym razem nie o Chopinie, ale o drugim bohaterze tegorocznego festiwalu, o Ignacym Janie Paderewskim. W stulecie niepodległości obecność jego muzyki w programie jest zrozumiała, co zrobić jednak, by nie traktować jej wyłącznie jako powinności rocznicowo-patriotycznej?

Stanisław Leszczyński: Ten problem w ogóle przestaje istnieć, jeśli zaprasza się artystów, którzy wiedzą, co zrobić z muzyką Paderewskiego. Ona broni się fantastycznie w wybitnych interpretacjach. Jego dzieła są świetnie zinstrumentowane i gdy wykonuje je dobra orkiestra, kiedy grają pianiści pokroju Dang Thai Sona, satysfakcję mamy gwarantowaną. Taki klucz stosujemy w tegorocznych spotkaniach z Paderewskim. A mamy w programie jego dzieła największe, najpopularniejsze, ale również te uznawane za szczególnie trudne jak Sonata es-moll.

Kiedy zaczął pan myśleć o zorganizowaniu takiej ofensywy muzycznej Paderewskiego?

Jego utwory pojawiały się niemal od początku festiwalu. Podtytuł tegorocznej edycji „Od Chopina do Paderewskiego" ma natomiast wymiar symboliczny. Bez Paderewskiego trudno sobie wyobrazić obchody rocznicy stulecia odzyskania niepodległości.

Gdy jednak szefom Royal Philharmonic Orchestra albo pianistom takim jak Garrick Ohlsson mówi pan nazwisko Paderewskiego, jaka następuje wówczas reakcja?

Nie jest od razu akceptująco-entuzjastyczna. Muzycy z całego świata obecnie podchodzą jednak do naszych propozycji z dużym zaufaniem. To dzięki temu Paderewski zaistnieje na tegorocznym festiwalu rzeczywiście w niezwykły sposób.

Obok koncertów łączących muzykę Paderewskiego z innymi twórcami będą koncerty nietypowe, jak np. monograficzny wieczór, na którym Dang Thai Son zaprezentuje utwory solowe twórcy „Polonii" i jego Koncert fortepianowy. Zatem choć Paderewski nie jest łatwo rozpoznawalnym kompozytorem w świecie, to dobre kontakty z wieloma artystami sprawiają, że przyjmują oni bez problemu propozycję prezentacji jego muzyki, choć namówienie artysty takiej rangi jak Christoph Prégardien, by nauczył się pieśni Paderewskiego, nie było proste. Dokonaliśmy jednak dużego postępu, kiedyś trudno było pomyśleć, by czołowa orkiestra europejska grała Paderewskiego. Dziś dzieje się to ku obopólnej satysfakcji. Przede wszystkim to my, Polacy, musimy wierzyć, że to naprawdę wysokiej klasy muzyka.

Tymczasem często oceniamy ją wyłącznie w kontekście historycznym.

A dla mnie jest to dobry pretekst i chcę pójść dalej, ale nie fałszywym tropem nakazującym zajmowanie się nią z powodów pozaartystycznych. Pamiętam pierwsze nagranie Symfonii h-moll Paderewskiego dokonane przez Jerzego Maksymiuka. Odkrył ją nie tylko nam, bo dzięki swej pozycji w Wielkiej Brytanii nagrał ją również z BBC Scottish Orchestra, co spowodowało, że utwór zaczął pojawiać się w salach koncertowych. Podobnie działamy w NIFC, angażując „dla naszej sprawy" na przykład zwycięzców konkursów chopinowskich: Kevina Kennera, Dang Thai Sona czy Garricka Ohlssona, który cieszy się wielką renomą w Europie; kiedy więc dyrekcja Festiwalu Praska Wiosna dowiedziała się, że zabrał się do Koncertu fortepianowego Paderewskiego, natychmiast wyraziła zainteresowanie tym utworem. Garrick Ohlsson, idąc śladami Marthy Argerich, przygotowuje dla nas również Kwintet fortepianowy Juliusza Zarębskiego i wykona go z Apollon Musagete Quartett.

W tym roku będzie wyjątkowo dużo muzyki polskiej. Według jakiego klucza pan ją dobierał, poruszając się między XVII-wiecznym Adamem Jarzębskim a współczesnością?

Skoncentrowałem się na utworach mających bezdyskusyjną wartość artystyczną. A zatem wybór musiał objąć również np. Mieczysława Karłowicza. Jest on kolejnym bohaterem tegorocznej edycji. Oczywiste było zaproszenie Rosyjskiej Orkiestry Narodowej, skoro Mikhail Pletnev nagrał komplet jego utworów orkiestrowych dla rosyjskiej telewizji. Jeden z trzech zaplanowanych występów tej orkiestry jest w całości poświęcony Karłowiczowi. A jego Koncert skrzypcowy zabrzmi na Festiwalu dwukrotnie i będą to dwie różne, na pewno ciekawe, interpretacje Aleny Baevej z Royal Philharmonic i Anny Marii Staśkiewicz z Rosyjską Orkiestrą Narodową.

Dodał pan do tego kompozytorów nie tak oczywistych, jak Ludomir Różycki czy Witold Maliszewski.

Należy wykorzystać fakt, iż czołowy brytyjski pianista Peter Donhoe ma w repertuarze koncert Witolda Maliszewskiego. To dla nas ogromna wartość, a wobec samego kompozytora mamy szczególny dług wdzięczności, gdyż był przecież twórcą Instytutu Chopinowskiego...

...i przewodniczącym jury pierwszego Konkursu Chopinowskiego w 1927 roku.

Jego zasługi dla życia muzycznego w odrodzonej Polsce były ogromne, niestety, potem zostały przykryte propagandą PRL. Zdecydowaliśmy się też na zaprezentowanie na festiwalu Koncertu skrzypcowego Ludomira Różyckiego, kompozytora niesłychanie ważnego w pierwszych dekadach XX wieku. Jeśli to wykonanie potwierdzi artystyczną wartość tego utworu, mam plany i nadzieje, by wprowadzić go do życia muzycznego poza Polską.

W zestawie polskiej muzyki nie mogło oczywiście zabraknąć Stanisława Moniuszki.

Jego twórczość jest jednym z fundamentalnych wątków programowych festiwalu, w przyszłym roku czeka nas 200-lecie jego urodzin. „Halka" zostanie po raz pierwszy wykonana na instrumentach z epoki, z włoskim librettem i pod kierunkiem tak znakomitego artysty, jak Fabio Biondi, który po prostu zakochał się w tej operze. A ja zawierzam jego sądom i umiejętnościom; koncert zapowiada się wielce obiecująco. Moniuszko będzie obecny nie tylko na samym festiwalu: w czasie jego trwania Orkiestra XVIII Wieku z solistami i Chórem Opery i Filharmonii Podlaskiej pod dyrekcją Grzegorza Nowaka nagrywać będzie dla nas „Straszny dwór".

Festiwal zaczął zamawiać nowe utwory. Będzie ich w przyszłych latach więcej?

Bardzo bym chciał, choć jest to również pytanie o kondycję finansową Festiwalu. Teraz wybór był dość naturalny, w stulecie niepodległości Krzysztof Penderecki był dla nas kompozytorem oczywistym, ale warto podkreślić, że i Paweł Szymański napisał świetny utwór dla Orkiestry XVIII Wieku, który zostanie wykonany nie na Festiwalu, tylko tuż po, na inaugurację Konkursu Chopinowskiego na Instrumentach Historycznych. U Agaty Zubel zamówienie zostało złożone poza nami, ale cieszymy się, że prawykonanie jej nowego utworu odbędzie się w ramach Festiwalu.

Festiwal ma także nurt muzyki kameralnej, z roku na rok staje się on ciekawszy.

To konsekwencja odkrywania wartościowej muzyki polskiej takich kompozytorów jak Juliusz Zarębski, Józef Nowakowski, Józef Krogulski, Władysław Żeleński. W przypadku kameralistyki współpraca wybitnych muzyków zagranicznych z polskimi artystami jest prostsza, a jednocześnie niesłychanie cenna.

Mamy też w tym roku ważny nurt wokalny. Wspomniałem o recitalu Christopha Prégardiena, pieśni Moniuszki zaśpiewa Mariusz Godlewski, a wydarzeniem będzie bez wątpienia „Podróż zimowa" Schuberta do poezji Stanisława Barańczaka w interpretacji Tomasza Koniecznego. Dwa ostatnie recitale będą też miały swój wymiar fonograficzny.

Jak co roku festiwal skupia plejadę gwiazd...

Cieszymy się, że nasze zaproszenia przyjmują tacy mistrzowie jak Nelson Freire, Gidon Kremer, Elisabeth Leonskaja, Marc-André Hamelin, Olli Mustonen, Plamena Mangova, Leif Ove Andsnes, Howard Shelley, Makoto Ozone, Alexei Lubimov, Nelson Goerner, zespoły jak Quatuor Mosaiques, Belcea Quartet...

Bardzo też jednak dbamy, by skupić wokół festiwalu młodych, utalentowanych muzyków, pianistów takich jak Piotr Alexewicz, Anastasia Rizikov, a z orkiestrą Amadeus zagra trójka laureatów ostatniego Konkursu Wiolonczelowego im. Witolda Lutosławskiego, współorganizowanego wszakże przez Instytut. A na inauguracji wystąpi obok Szymona Nehringa saksofonista Łukasz Dyczko z Orkiestrą Akademii Beethovenowskiej.

Spodziewał się pan, że dzięki Festiwalowi zyska pan tak liczne grono muzyków ze świata życzliwych dla naszych kompozytorów?

Takie było założenie Festiwalu, więc musiałem się tego spodziewać i konsekwentnie w tym kierunku działać. Nasz magnes został naładowany bardzo silnie, stąd efekty.

rozmawiał Jacek Marczyński