– lat 25. Współczesne wcielenie Steviego Wondera z najlepszych lat młodości. Na życie zarabiał pisaniem utworów dla innych, i to nie dla byle kogo: Justina Biebera czy Beyoncé.
Szum wokół siebie też potrafi zrobić nie najgorszy. W zeszłym roku po podpisaniu kontraktu z wytwórnią Def Jam i nagraniu albumu wypuścił go do Internetu. Bez zgody firmy, oczywiście oficjalnie. Konflikt z Def Jam (to tam wydają Rihanna czy The Roots) musiał odbić się w światowych mediach. I odbił się, a wraz nim wątek zależności artystów od wytwórni i dostępu do muzyki w sieci.
Teraz Frank Ocean zupełnie przypadkowo w przeddzień premiery albumu w Internecie dokonał comingoutu, zwierzając się, że kolejne wakacje spędzał z kolegami. Przyznanie się do homoseksualizmu w środowisku hiphopowym, nawet w słonecznej Kalifornii, gdzie mieszka artysta, wywołało więcej dyskusji niż muzyka na „Channel Orange". A płyta to znakomita. Młody Amerykanin płynnie przechodzi od partii rapowanych do słodkiego falsetu. Potrafi być czuły jak Marvin Gaye i zadziorny niczym Kanye West. Tradycja soulu miesza się tu z hip-hopem i tym, czym żyje scena klubowa. Muzyka czarna niczym nadchodząca listopadowa noc.
– lat 27. Brakujące ogniwo między Donną Summer a Sade. Doświadczenie sceniczne zdobywała w londyńskich klubach, gdzie śpiewała w chórkach u ciekawego elektronicznego artysty SBTRKT i w zespole Jacka Peńate. Debiutancką płytę „Devotion" nagrała jednak całkowicie własną. Dużo tu zapożyczeń, głównie z klasycznego pop-soulu, jak i jego współczesnej odmiany żywiącej się obficie elektroniką. Dziewczyna jednak niczego nie kopiuje wprost, za to śpiewa smutne piosenki do tańca.
Nie mam pojęcia, co robią polskie kandydatki i kandydaci na gwiazdy muzyki popularnej, zanim nagrają pierwszą płytę. W ilu muszą wystąpić telekonkursach, na ilu pokazać się imprezach, ile zaliczyć kliknięć w popularnych serwisach internetowych. Mam za to przeczucie, że praca nad warsztatem kompozytorskim, umiejętnością układania zgrabnych tekstów, próbowanie do upadłego kilku piosenek, które się już napisało, poznawanie tradycji konkurencji, w jakiej zamierzają startować, nie zaprząta ich głowy. A więc szanowni nasi krajowi debiutanci: mniej lansu, więcej pracy. Przynajmniej taki wniosek można wysnuć, słuchając płyt Jessie Ware i Franka Oceana.
Nie wiem, czy są nadzieją coraz bardziej przeżuwającego własną historię soulu. Wiem, że to płyty dojrzałych artystów: spójne, ciekawe, zanurzone w tradycji i twórczo je reinterpretujące. Ta jesień będzie należeć do nich.