Reklama

Leszek Możdżer klasyczny i poważny

Leszek Możdżer zmienił artystyczny image i w piątek zagrał z orkiestrą Filharmonii Narodowej coś z wielkiej klasyki. Przede wszystkim jednak pozostał sobą.

Motto Leszka Możdżera brzmi: „Obmyśliłem sobie plan, żeby być muzykiem totalnym i rozwijać się we wszystkich kierunkach". Rzeczywiście, wszechstronność jego zainteresowań i dokonań jest imponująca, ale w roli pianisty typowo klasycznego pojawia się rzadko.

Ma wszakże w repertuarze kilka koncertów, które od czasu do czasu grywa. Dobiera je spośród tych, które pozwalają mu wyjść poza sztywny kanon konwencji. Należy do nich Koncert na lewą rękę Maurice'a Ravela. To utwór nietypowy i niesłychanie trudny. U francuskiego kompozytora zamówił go austriacki pianista Paul Wittgenstein, który w czasie I wojny światowej stracił prawą rękę. Chciał jednak nadal występować i Ravel mu w tym dopomógł. Napisał błyskotliwy koncert, lewa ręka solisty występuje tu niejako w dwóch rolach. Gra nie tylko – jak zazwyczaj – akordy w niskich rejestrach, ale też prowadzi melodię czy popisuje się efektownymi pasażami. Ani przez moment nie ma się wrażenia, że jest to koncert brzmieniowo i formalnie ubogi.

Leszek Możdżer to pianista o takiej swobodzie wykonawczej, jakby problemy techniczne dla niego nie istniały. Ma więc predyspozycje, by zmierzyć się z tym Koncertem na lewą rękę. Porusza się po nim z lekkością – od początkowych, potężnych akordów po romantyczne, subtelne motywy, których jest tu sporo.

Ravel jest mu bliski także dlatego, gdyż w jego utworach można odnaleźć klimaty jazzowe. Był zafascynowany tym nurtem, który po I wojnie dotarł do Europy, a Możdżer o tym wie i dlatego pozwala sobie na więcej. Z jazzową nonszalancją eksperymentuje z dźwiękiem fortepianu za pomocą swoich tajemnych przedmiotów, które kładzie na strunach. Końcową, solową kadencję – zgodną z regułami klasycznego koncertu – zmienił zaś w piątek długą, rozbudowaną improwizację. Daleko odszedł w niej od ravelowskiego tematu, pozostał jednak w klimacie utworu. Można się zastanawiać, czy propozycja Leszka Możdżera mieści się jeszcze w regułach tradycyjnego wykonawstwa czy jest już autorską wariacją. Nie da się jednak ukryć, że po raz kolejny objawił on swą wyjątkową indywidualność.

Ten wieczór potwierdził również, że dyrektor Jacek Kaspszyk potrafił tchnąć nowego ducha w cotygodniowe spotkania z publicznością. Cały program był niebanalny, stylistycznie zarazem spójny i jednorodny. Występ Leszka Możdżera poprzedziła powstała w latach 30. XX wieku suita Sergiusza Prokofiewa oparta na muzyce do filmu „Porucznik Kiże" Stanowi dowód, że proste tematy tworzone dla kina w ujęciu tak świetnego kompozytora mogą urzekać ciekawymi rozwiązaniami w instrumentacji. Ta suita pozwala popisać się orkiestrze, o ile jest ona w dobrej formie tak jak obecnie Filharmonia Narodowa.

Reklama
Reklama

Drugą część wypełniła IV Symfonia odkrywanego dziś przez świat Mieczysława Wajnberga. Warszawiak z urodzenia, obywatel Związku Radzieckiego niejako z przymusu stworzył utwór odwołujący się do Mahlera, Szostakowicza czy tradycji żydowskiej, ale w całości spójny i własny.

IV Symfonię Wajnberga Jacek Kaspszyk nagrał niedawno z orkiestrą Filharmonii Narodowej dla koncerny Warner Music. Płyta miała już światową premierę.

A Leszek Możdżer z warszawskimi filharmonikami i Jackiem Kaspszykiem wystąpi ponownie w sobotę.

Kultura
Metropolitan Opera: najlepszy spektakl w Nowym Jorku, najlepsza rola Polaka
Materiał Promocyjny
Jedna rata i większa kontrola nad budżetem domowym?
Materiał Promocyjny
Bank Pekao przyjął Plan Dekarbonizacji
Kultura
Będzie nowy dyrektor w Operze Narodowej
Kultura
Malta Biennale 2026: współczesność i wielka tradycja. Polsko-ghański sukces
Kultura
Pawilon OmenaArt Foundation najlepszy na Malta Biennale. Gala na tle Caravaggia
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama