Reklama

Kultowy detektyw ma pieskie życie

Dylan Dog, bohater opowieści Tiziano Sclaviego, znów tropi diabły i potwory.

Publikacja: 09.08.2015 20:25

Foto: Materiały Promocyjne

W Londynie można wpaść do knajpy jego imienia i zjeść danie wymyślone na jego cześć. Lokal nazwany Dylan Dog mieści się przy Craven Road nr 7, Paddington. Tam, gdzie wedle twórcy serii mieści się biuro detektywa Doga.

A gdzie przebywa on sam? Diabli wiedzą, nie powiedzą.

– My name is Dog, Dylan Dog – tak mógłby się przedstawiać detektyw mroku wymyślony przez Tiziano Sclaviego prawie 30 lat temu. Dog, specjalista od spraw paranormalnych, ma na koncie z pół tysiąca akcji zrelacjonowanych w więcej niż 80 albumach sprzedanych w ponad 3 milionach egzemplarzy w samych Włoszech. Do tego – liczne tłumaczenia na języki obce (w tym angielski, holenderski i polski). U nas latami lansował go Egmont (14 wydanych tomów), a po czteroletniej absencji Dog trafił pod skrzydła Bum Projekt.

Dog udaje Brytyjczyka i nigdy nie zmienia stroju, pozostając wierny jednemu zestawowi: czerwona koszula, czarna marynarka i blue jeans. Aktualnie prawie czterdziestoletni, pomimo zmarszczek i żylastej sylwetki wciąż atrakcyjny dla kobiet. On zaś – pies na nie – oddaje się miłosnym aferom z równym zaangażowaniem, jak tropieniu demonów.

Bo jego zawodowa specjalność to zjawiska paranormalne. Plus psychopaci, kosmici, cienie, podróże w czasie i przestrzeni. Dog miota się między gotycką powieścią, horrorem, futurologią, klasycznym kryminałem i czarną komedią. Jego pastiszowe umiejętności zostały docenione na świecie. Jego przygody wymyśla Tiziano Sclavi, dziennikarz, pisarz, scenarzysta. Natomiast za czarno-białe plansze odpowiadają coraz to inni rysownicy. Rysunki w zeszytach „Golkonda" i „Piąta pora roku" (wydane w jednym tomie) wykonał Luigi Piccatto.

Reklama
Reklama

Dog jest jak potwór Frankensteina: niby wyględny facet, ale jednak zlepek z fragmentów rozmaitych popkulturowych postaci. Imię zawdzięcza walijskiemu poecie Dylanowi Thomasowi, aparycję – brytyjskiemu aktorowi Rupertowi Everettowi (który zresztą wcielił się w tę postać w filmie „Cemetery Man" z 1994 roku), odporność na kule i inne śmiercionośne razy oraz umiejętność wychodzenia z każdej opresji przejął po agencie 007.

Jakby tego było mało, partneruje mu figura przywodząca na myśl doktora Watsona (kronikarza przygód Sherlocka Holmesa), lecz wizualnie i charakterologicznie wzorowana na słynnym komiku Groucho Marksie. Anegdotki i żarciki, nieustannie serwowane przez Groucho, są jak kabaretowe szmoncesy – trochę od czapy, ale robiące draczną aurę. W „Golkondzie" i „Piątej porze..." też nic nie dzieje się na poważnie. Akcja rozgrywa się we współczesnym Londynie, Mediolanie, Indiach, w piekle, kosmosie, na cmentarzu przy spalonym kościele. Zawsze tu i teraz.

Sam superhero nie jest taki super. Daleko mu do dedukcyjnych umiejętności Sherlocka Holmesa, jeszcze dalej do sprawności fizycznej Jamesa Bonda. Dylan Dog jest ich przeciwieństwem. Trochę niezguła, nieustannie przyjmujący ciosy i uskarżający się na brak klientów oraz coraz chudszy portfel. Zalicza same doły: minusowe przychody, ujemny bilans życiowy, kace po herbacie... Jak się zakochuje, to w Kocie. A właściwie gorzej: w duchu o imieniu Amber i nazwisku Cat.

Fani Dylana Doga staną pewnie za nim murem – ale mnie „Golkonda" i „Piąta pora roku" rozczarowały. Od razu odrzuciła mnie strona graficzna. Nieciekawa, niedopracowana, a pod koniec niechlujna i rysowana na chybcika.

„Golkonda" broni się jedynie gagami Groucho Maksa, który paple jak nawiedzony (cytaty z filmów oraz programów z jego udziałem). Zabawne bywają też surrealistyczne scenki wymyślone przez Sclaviego.

Moja ulubiona sytuacja? Las, odludzie, para napalonych na seks dzieciaków przyjeżdża na tandemie, żeby sobie ulżyć, gdy raptem... oplatają je i uśmiercają dziesiątki zabójczych macek. Potwór z Loch Ness? Nie, ramiona podobne jak u ośmiornicy wyrastają z megaoka spragnionego krwi dziewicy – a panna jeszcze nietknięta. Po morderstwie monstrualna gałka oczna wsiada na rower młodziaków i odjeżdża, pedałując mackami. A w Londynie służby specjalne deliberują, czy średnica oka mierzy trzy czy cztery metry... Angielska flegma z włoskiej perspektywy.

Kultura
Słowacki Trenczyn Europejską Stolicą Kultury 2026
Materiał Promocyjny
Jak osiągnąć sukces w sprzedaży online?
Kultura
Bożena Dykiel. Od nimfy na Hondzie do lokatorki z domu na Wspólnej
Kultura
Nie żyje Bożena Dykiel
Kultura
Sztuka i biznes. Artyści na jubileusz Totalizatora Sportowego
Materiał Promocyjny
Presja dorastania i kryzys samooceny. Dlaczego nastolatki potrzebują realnego wsparcia
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama