Czy spodziewał się pan tak świetnego przyjęcia „Burzy"?

Krzysztof Pastor: Absolutnie nie, mówię szczerze. Byłem też bardzo dumny z naszych tancerzy, ze sposobu, w jaki podeszli do tej pracy. Tworzyli prawdziwy zespół.

Nie żal więc, że w przyszłym sezonie zatańczą tylko trzy razy „Burzę"?

Oczywiście, że żal. Szukam możliwości umieszczenia dodatkowych spektakli. Wcześniej nie wiedziałem, jak „Burza" zostanie przyjęta. W teatrze dramatycznym też nie należy do najpopular-niejszych sztuk Szekspira, tak jak „Hamlet", „Sen nocy letniej" czy „Romeo i Julia".

Ten sukces zachęcił pana do podjęcia do większego wyzwania, jakim jest „Jezioro łabędzie"? Mówił pan nieraz, że nie jest jeszcze gotowy.

Chyba przyszedł już czas. Będzie to „Jezioro łabędzie" dosyć klasyczne, ale z nowym, moim zdaniem bardzo dobrym librettem Pawła Chynowskiego. Zachowamy II akt z choreografią wzorowaną na petersburskim oryginale, ale obudujemy go nieco inną akcją. Odwołujemy się do biografii polskiej tancerki Matyldy Krzesińskiej i jej romansu z przyszłym carem Mikołajem II. Ona stanie się Odylią, drugą bohaterką, Odettą, będzie księżniczka heska Alix, w której Mikołaj się kochał, ale car Aleksander III był przeciwny temu związkowi syna. Wiemy też, że to ojciec zwrócił jego uwagę na piękną Krzesińską. Chcemy, by powstało duże widowisko, w którym wykorzystamy całą scenę Teatru Wielkiego.

Tak jak w balecie „Casanova w Warszawie"?

Mamy wyjątkowy teatr, dlaczego nie skorzystać? Niesie to co prawda pewne konsekwencje. „Casanovą w Warszawie" zainteresowali się Finowie, ale po obejrzeniu spektaklu stwierdzili, że nie da się go do nich przenieść. Świadomie jednak działamy tak, by pewne przedstawienia można było zobaczyć tylko w Warszawie. Inne, jak „Burza", można dostosować do różnych scen. Z naszym „Jeziorem łabędzim" trudno będzie pewnie podróżować, choć balet klasyczny ma odbiorców na całym świecie. Nie chcę jednak, by był to spektakl, który można zapakować w jeden kontener i jechać.

Nieraz mówił pan też, że Polski Balet Narodowy musi być gotowy podjąć wyzwanie „Jeziora łabędziego".

Autopromocja
CFO Strategy & Innovation Summit 2021

To już IV edycja kongresu dla liderów świata finansów

WEŹ UDZIAŁ

Tak, ale jest to zespół znacznie lepszy niż siedem lat temu, gdy tu przyszedłem. Mamy grupę dobrych pierwszych solistek, do których dołączyła ostatnio Chinara Alizade, a główne role Odetty–Odylii podzieliliśmy, ten pomysł był stosowany w innych wersjach. Wśród mężczyzn do Maksima Woitiula czy Vladimira Yaroshenki doszedł teraz Dawid Trzensimiech, który wrócił z zagranicy, był m.in. solistą Royal Ballet w Londynie.

„Jezioro łabędzie" ma zachęcać zespół, by osiągnął jeszcze lepszy poziom?

Na pewno chciałbym zrobić bardzo dobre, stylowe przedstawienie, ale zależy mi, by nie był to przesłodzony balet klasyczny. Moim zdaniem publiczność w Polsce bardziej ceni efekt teatralny niż elegancję, jakość ruchu, umiejętność partnerowania. Będziemy starali się pogodzić oba te aspekty.

Na przeciwnym biegunie należy chyba umieścić „Bolero" Ravela.

Do zrealizowania tego baletu namawiała mnie dyrekcja Het Nationale Ballet, bardzo chciała mieć „Bolero" w repertuarze. Mnie powstrzymywała ogromna popularność samej muzyki, zatrącająca wręcz o kicz, ponadto niesłychanie trudno uwolnić się od słynnej wersji Maurice'a Béjarta. Uległem namowom, gdy zorientowałem się, że Ravel, komponując „Bolero", był bardzo zainteresowany maszynami, a nam ono kojarzy się wyłącznie z erotyką. Chciał, żeby to był taniec na placu przed fabryką, ale Bronisława Niżyńska, przygotowując prapremierę w 1928 roku w Paryżu, umieściła „Bolero" na stole w hiszpańskiej tawernie. I tak to już potem powtarzano. Wróciłem więc do pierwotnego zamysłu Ravela.

„Bolero" przyciąga publiczność?

Zawsze i wszędzie, czasem bywa wabikiem zachęcającym do obejrzenia innych mniej popularnych choreografii. Tak było na przykład w Wilnie i w Rydze, gdzie także wystawiłem tę moją choreografię.

U nas połączy pan je z klasycznym arcydziełem późnego romantyzmu, jakim są „Chopiniana" Michaiła Fokina.

Ten wieczór łączy różne dokonania XX-wiecznego baletu. „Chopiniana" wymagają nienagannego stylu, może się w nich zaprezentować żeńska część zespołu i dla tancerek jest dobrym etapem przygotowań do „Jeziora łabędziego". Potem będzie „Bolero", a na finał coś zupełnie innego: „Chroma" Wayne'a McGregora. Jego zespół został świetnie przyjęty na naszych ubiegłorocznych Dniach Sztuki Tańca, ale on sam nie jest u nas jeszcze dostatecznie znany, choć to chyba najważniejszy obecnie choreograf brytyjski.

A na koniec sezonu zapowiada pan kolejny, polski debiut choreograficzny na tej scenie.

Przyglądałem się działalności Izadory Weiss w Bałtyckim Teatrze Tańca, uznałem, że jest utalentowana i powinna przygotować spektakl także u nas. Postanowiła zrealizować „Darkness" na kanwie „Jądra ciemności" Josepha Conrada. Jestem bardzo ciekaw, co stworzy dla nas.

Będzie pan szukał kolejnych talentów choreograficznych?

Oczywiście, i dlatego w przyszłym sezonie także nie zabraknie „Kreacji", na których mogą się prezentować ci wszyscy, którzy chcą stworzyć coś własnego. Wiem też, że powinienem dać kolejną szansę tym, którzy ciekawie wypadli na tych warsztatach w poprzednich latach, a lista nazwisk staje się coraz dłuższa. Każdy młody twórca, i dotyczy to również choreografów, musi jednak sam szukać dla siebie możliwości, a nie wyłącznie czekać, aż ktoś przyjdzie do niego z propozycją.