Sąd Najwyższy po rozpatrzeniu protestów wyborczych orzekł, że zarzuty są zasadne, jednak naruszenie przepisów Kodeksu wyborczego, jakiego dopuściła się mokotowska komisja wyborcza, nie miało wpływu na wynik wyborów.

Reklama
Reklama

Przewodniczący mokotowskiej komisji nie będzie już pracować przy następnych wyborach.

Sprawa trafiła do sądu, gdy sposób pracy komisji nr 103 na Mokotowie, działającej w budynku Szkoły Głównej Handlowej przy ul. Wiśniowej, wzięli pod lupę politycy PiS. Mówili oni o nieprawidłowościach wyborczych, do których miało, zdaniem partii, dojść w całym kraju i które były powodem przegranej PiS z PO w wyborach do europarlamentu.

Wiceprezes PiS Antoni Macierewicz na konferencji prasowej w Sejmie, która miała miejsce w maju, zaprezentował filmik, na którym członkowie komisji wynosili nocą z lokalu karty do głosowania w niezabezpieczonych siatkach. Na drzwiach lokalu wyborczego komisja nie wywiesiła wtedy protokołu z wynikami.

Do Sądu Najwyższego trafiły trzy protesty w sprawie mokotowskiej komisji wyborczej. - Sąd dotychczas rozpatrzył dwa z nich - wniesione przez wyborców. Do rozpatrzenia pozostał jeszcze wniosek wniesiony przez pełnomocnika Komitetu Wyborczego Prawo i Sprawiedliwość. We wniosku przedstawiono zarzut nieopublikowania protokołu z wynikami głosowania po jego zakończeniu. Partia zarzuciła również komisji naruszenie procedury przekazywania dokumentacji wyborczej do Rejonowej Komisji Wyborczej.