Rzeczpospolita: Są tacy, którzy mówią, że życie jest teatrem. Jaka jest pana ulubiona w nim rola?
Marek Kondrat: Nie przepadam za próbą nazywania czegoś, co umyka jednoznacznej definicji. To zbyt trudne. Łatwiej mają ci, którzy zostali obdarowani konkretnymi łaskami. Choćby wiarą. I w imię tego, w co wierzą, mogą definiować swoje społeczne role. Nie mam tych cech, a w życiu solidnie się nagrałem, poznałem mnogość możliwości i emocje temu towarzyszące. Stałem się więc orędownikiem wolności. A moje motto brzmi: Żyj tak, jak tobie najlepiej, a innym nie przeszkadza.
Dotąd o niektórych kobietach mówiło się, że są jak wino. Jednak pan przyrównuje siebie do winnego krzewu...
Każdy człowiek mniej więcej w połowie życia potrafi ocenić to, co przeszedł. Wino też ma swój szczytowy okres. U mężczyzny ten czas przypada gdzieś między 40. a 50. rokiem życia. Potem natura odbiera nam siły. W zamian kieruje nas do smakowania przeżyć. Czyny szybkie ustępują miejsca racjonalnym.
Europa, Ameryka Południowa, Australia. Zwiedził pan kawał świata i wiedzie cholernie ciekawe życie.
Porównuję życie, jakie toczy się w Portugalii, Brazylii, we Włoszech, do tego w naszym kraju. I niezbyt mi się to porównanie podoba. Bo w Polsce co chwila słychać, że powinniśmy do kogoś równać, z kimś się ścigać. Najpierw mieliśmy gonić Japonię, potem Niemcy... Ja nie chcę tak żyć.
Bo pan ma komfort wyboru. Tymczasem wiele osób musi pędzić, by zdążyć na czas z projektem. Musi się ścigać z innymi, by dostać pracę, dzięki której spłaci kredyt.
Czytaj więcej
Czy nabycie samochodu może być tak proste, jak zamówienie sprzętu online? O tym, jak wygląda transformacja tego sektora oraz jak należy odpowiedzie...
Dlatego mówię tylko za siebie, opisuję swój punkt widzenia. Człowieka, który jest szczęściarzem, bo może wyjechać na drugi kraniec świata, zaszyć się gdzieś w piwnicy. Nie mam potrzeby gwałtownego rozwijania biznesu. Mojego życia nie zmieni specjalnie fakt, czy sprzedam 100 tys. butelek więcej.
Producenci win z całego świata kuszą, biją się o pana? A może naciągają rzeczywistość?
To poważni ludzie. W tym biznesie wyrabianie nowych kontaktów jest niezwykle trudne. Nie znamy się, muszę więc przedpłacać. Zamawiam towar i wysyłam pieniądze. Pół biedy, jeśli to jest Europa. Ale w przypadku Nowej Zelandii... Zdarza się, że mam na pół roku zamrożony kapitał.
Ryzykuje pan?
Czasem nawet bardzo. Ale jestem człowiekiem z możliwościami, nie brałbym się do tego biznesu, gdybym nie miał rezerw.
Wiele lat temu na zmywaku w Londynie poznał pan Jana Wejcherta. Po latach jesienią lataliście jego samolotem na trufle do Piemontu, spędzając czas na kulinarnych i towarzyskich uciechach. Zawsze miał pan takie szczęście do ludzi?
Tak, a resztę... niech dopowie Kubuś Fatalista.
40 lat, które dzielą pracę na zmywaku od posiadania własnego samolotu, to dużo?
W swojej książce piszę o pewnym Norwegu, który bardzo się zdziwił, że na listę najbogatszych „Forbesa" można trafić już „w pierwszym pokoleniu", jego rodzina potrzebowała na to 300 lat. Jest to więc znowu pytanie o czas, czyli pojęcie względne.
—rozmawiała Paulina Nowosielska
Cały wywiad w najnowszym numerze „Sukcesu" – od dziś w kioskach