Niewiele ostatnio płynie z Europy wieści dobrych dla bezpieczeństwa Polski. Chlubnym wyjątkiem jest refleksja Stanów Zjednoczonych, że Stary Kontynent zaczął ponownie być wyzwaniem militarnym, dlatego nie można wycofywać stąd wojsk USA. Zbrojny zwrot ku Europie nie będzie wprawdzie miał skali podobnego zwrotu ku Azji, ale każda tendencja odwracająca samorozbrojenie Zachodu jest dla Polski korzystna.
Wpisuje się to w postulowane przez Warszawę zwiększenie obecności NATO na wschodniej flance paktu, co oznacza, że nasze bezpieczeństwo może się zwiększyć. Po pierwsze, w Polsce będą cały czas przebywać nawet kilkutysięczne, rotacyjne kontyngenty sił paktu. Po drugie, USA zaczynają przygotowywać siły i infrastrukturę pod ewentualną interwencję w Europie.
Nowy trend zgrabnie wyraził generał Phillip Breedlove, dowódca wojsk USA w Europie i dowódca wojskowy NATO, mówiąc, iż oddziały amerykańskie na Starym Kontynencie mają być siłą bojową, a nie budowniczym partnerstwa. To wielka różnica.
Dobrym przykładem realnej siły bojowej utrzymywanej w ciągłej gotowości w strefie, gdzie nie ma działań bojowych, jest Półwysep Koreański. USA mają tam oddziały liczące ok. 20 tys. ludzi. Armia ta nie była wykorzystywana do interwencji w Iraku czy Afganistanie, aby „nie psuć" jej wyszkolenia i nawyków – zadaniem sił w Korei jest bowiem stoczenie klasycznej wojny konwencjonalnej z regularną armią przeciwnika, a nie z partyzantką.
Także w Europie siły amerykańskie w razie konfliktu będą miały do czynienia z dobrze przygotowanym wojskiem wroga. Gdyby na wschodniej flance NATO stacjonowały ciężkie siły USA liczące 20 tys. żołnierzy, Polacy mogliby spać spokojniej.