Białe niedźwiedzie

Jest pięknie. Otaczają nas kry lodowe. Pomarańczowy Inatiz płynie w pełnym słońcu. Po czterech dniach żeglugi z Grenlandii dotarliśmy do fiordu mającego doprowadzić nas do Iqaluit – stolicy arktycznego terytorium Kanady – Nunavut.

Publikacja: 28.10.2022 11:54

Białe niedźwiedzie

Foto: archiwum prywatne

Niestety płyniemy w przeciwnym kierunku. Prognozy są bezlitosne. Pogoda ma się gwałtownie pogorszyć. Nawet jeśli uda nam się przebić przez kry lodowe i dotrzemy do Iqaluit, to rozfalowany pak lodowy długo nas z niego nie wypuści. Rozsądek wygrywa z chęcią odwiedzenia miasta. Rozczarowanie umilają nam widoki i foki co chwilę wystawiające z wody zaciekawione łepki. W pewnej chwili kapitan -  Maciej Sodkiewicz zauważa na wpół zjedzone truchło na krze lodowej. Posiłek nie został dokończony. Oznacza to, że niedźwiedź nadal krąży gdzieś w pobliżu. Zmniejszamy obroty silnika – suniemy cichutko po wodzie. Jest. Samica z dwójką młodych buszuje między krami. Wyciągamy aparaty i szykujemy drona, żeby nie niepokoić zwierząt podpływaniem zbyt blisko. Zdjęcia zapierają dech w piersiach.

Czytaj więcej

Inatiz na zatoce Hudsona – sześć miesięcy na morzach i oceanach

Gdzie jesteśmy

Nunavut to największe (2,038,722 km2) terytorium Kanady, zajmuje  ponad 1/5 obszaru całego kraju. Jest przy tym najsłabiej zaludnione i najmniej dostępne. W 25 rozrzuconych po terytorium osadach mieszka niecałe 37 000 osób z czego ponad 7 000 w stolicy terytorium – Iqaluit. Ponad 80% mieszkańców stanowi rdzenna ludność tych terenów – Inuici. Ze względu na skrajnie trudne warunki klimatyczne, długą arktyczną zimę, lód utrzymujący się aż do późnych miesięcy letnich, brak aktualnych map i brak infrastruktury dostęp do osad jest skrajnie trudny zwłaszcza dla żeglugi jachtowej. Jachty pojawiają się tu bardzo rzadko, jeden na kilka lat.

Kimmiruit

Nie spuszczając oczu z sondy wpływamy w pobliże naszej pierwszej osady Kimmiruit, położonej w cieśninie prowadzącej do zatoki Hudsona. Podejście jest kręte, płytkie i skaliste. Aktualnych map nautycznych okolicy właściwie nie ma. Rdzenni  mieszkańcy poruszają się motorówkami i łodziami o małym zanurzeniu, statki z zaopatrzeniem zatrzymują się na odległym kotwicowisku, wysyłając na brzeg barki o mniejszym zanurzeniu. Ostatnią łódź żaglową, jak dowiemy się później widziano tu w 2016. Stanowimy więc niemałą sensację. Ani w tej ani w kolejnych wioskach nie ma infrastruktury dla łodzi większych niż motorówki. Rzucamy więc kotwicę, dmuchamy ponton i płyniemy na ląd.

Trudna historia

Niezależne, zarządzane przez innuicki rząd terytorium Nunavut zostało ustanowione późno, dopiero w 1999 roku. Nunavut nie ominęły trudne aspekty historii rdzennych ludów Kanady, łącznie z forsowaną asymilacją czy relokacją, tego oryginalnie półnomadycznego ludu, w regiony korzystne z punktu widzenia arktycznej geopolityki. W latach 50-tych, w kulminacyjnym okresie zimnej wojny, dla podkreślenia obecności Kanady w wysokich rejonach arktycznych, grupa Inuitów z północnego Quebecu została relokowana do obecnie najbardziej na północnych osad – Resolute i Grise Fiord. Znaczna część przesiedlonych nie przeżyła. Zabiły ich głód i skrajnie trudne warunki środowiskowe. Resolute do tej pory pozostało najmniej liczną osadą terytorium – zamieszkuje ją zaledwie 180 osób.

Infrastruktura wioski

Kimmiruit też jest niewielkie. Ma zaledwie 400 mieszkańców z czego 140 to dzieci. Te  są najbardziej ciekawskie, sensację budzi zwłaszcza nasz dwumetrowy kapitan – Maciek Sodkiewicz. Sytuacja powtórzy się we wszystkich osadach, dzieci będą nas witać, odprowadzać, a często też pośredniczyć między nami, a bardziej powściągliwymi dorosłymi mieszkańcami wiosek. Kimmiruit jest typową innuicką osadą. Pyliste drogi, uśmiechnięci machający nam ludzie na kładach. Wszyscy tu  poruszają się na kładach - od dzieci po staruszki. Ulice otaczają drewniane obite sidingiem budynki, często uniesione na palach izolujących je od przemarzniętego w zimie podłoża.  Duże zbiorniki paliwa umieszczone są ścianach wszystkich budynków.  Temperatury w zimie sięgają -50 stopni, więc od dostępności paliwa zależy przeżycie mieszkańców. Zamknięta kaplica, zamknięte biuro informacji dla turystów, pozostałości budynków dawnej kampanii Hudsona  i dwa sklepy prowadzone przez kampanie aktualnie  operujące w kanadyjskiej Arktyce. Northern z niewielką pocztą i Co-op połączony z niewielkim hotelem. W tym ostatnim spotykamy Jeana Pierra Gouleta, menadżera zarządzającego sklepem, hotelem, systemem dostarczania wody, paliwa i odbioru nieczystości, a także częścią infrastruktury tutejszego lotniska. JP – jak nazywają go rdzenni mieszkańcy, proponuje nam kawę, oraz wycieczkę. Wskakujemy w pickupa i jedziemy na objazd terenu wokół wioski. JP pokazuje nam szkołę, nowo wybudowany obiekt sportowy, cmentarz, lotnisko, jeziorko z którego pobierana jest woda pitna, generatory prądotwórcze i ogromne, uzupełniane raz w roku zbiorniki paliwa. W ciągu roku wioska zużywa setki tysięcy litrów - głównie w czasie długiej zimy. Okazuje się, że krążące między domami cysterny, które tak zaciekawiły nas rano, to lokalny system codziennego dowozu wody, paliwa i odbioru nieczystości. W osadzie nie ma szpitala jest tylko punkt medyczny, w którym przyjmuje wykwalifikowana pielęgniarka. Jedyny większy szpital w Nunavut mieści się w stolicy - Iqaluit. Pytamy o porody – wszystkie kobiety miesiąc przed rozwiązaniem transportowane są drogą lotniczą do Iqaluit. Później dowiemy się, że ciężarne Inuitki z osad położonych na zachodzie wysyłane są do Rankin Inlet, a stamtąd do szpitali sąsiedniej prowincji Manitoby. Stąd wszyscy Inuici urodzeni planowo w obrębie Nunavut jako miejsce urodzenia ma podaną właśnie stolicę. A co z pogrzebami? Jeśli ktoś umrze w szpitalu zwłoki, również drogą lotniczą, przywożone są z powrotem do wioski. Pochówki odbywają się w lecie, tylko wtedy ziemia odmarza na tyle, że można wykopać płytki grób. - Jeśli ktoś ma pecha i umrze w zimie to czeka w naszej kostnicy - mówi JP pokazując nam czerwony metalowy kontener stojący w pewnym oddaleniu od osady. - A teraz zabiorę was na wycieczkę  drogą donikąd - śmieje się JP. Kamienne, poprzecinane wodą krajobrazy zapierają dech w piersiach, a droga rzeczywiście wkrótce się kończy.

Drogi, których nie ma

Spośród 25 osad Nunavut, 21 km drogą połączone są tylko Arctic Bay i Nanisivik, właściwie nawet nie osada, lecz kilka domostw, które wyrosły przy pobliskiej kopalni cynku i ołowiu. Istnieje jeszcze krótka, 5km droga łącząca stolicę z jej oddaloną częścią Apex i  zimowa droga łącząca Tibbito w Terytoriach Północnych z Contvoyto w Nunavut. Co ciekawe ta ostatnia jest drogą lodową budowaną co roku na okres około 10 tygodni, a większość jej 600km długości biegnie przez zamarznięte jeziora. W planach było połączenie drogowe Kimmiruit ze stolicą oraz droga z Rankin Inlet łącząca Nunavut z sąsiednią Manitobą, ale projekty upadły głównie ze względów finansowych. Koszty budowy i utrzymania infrastruktury drogowej w surowych warunkach arktycznych okazały się zbyt wysokie. Jak w takim razie odbywa się transport? W każdej z osad znajduje się niewielkie lotnisko. Jednak samoloty służą głównie do przewożenia cargo. Ceny biletów są bardzo wysokie, sięgają 3000 dolarów kanadyjskich (ok. 10,8 tys.) za przelot między osadami, mniej płacą za nie pracownicy instytucji i chorzy udających się do większych centrów w celu uzyskania pomocy medycznej.  Zwykłych mieszkańców nie stać na podróżowanie samolotem. Pozostaje więc transport wodą. W lecie motorówkami, a zimą skuterami śnieżnymi lub tradycyjnie psimi zaprzęgami po zamarzniętej wodzie. Jednak wioski rozrzucane są po olbrzymim terenie, a odległości między nimi bardzo duże. Stąd kontakt  między nimi jest bardzo ograniczony i większość z nich nadal stanowi bardzo zamknięte społeczności. - Żyjąc w takim miejscu musisz nauczyć się odpuszczać - mówi JP. - Jeśli nie lubisz swoich sąsiadów musisz ich polubić, nie będziesz mieć innych. Również w przypadku problemów społecznych sytuacja jest bardzo trudna. Jeśli w rodzinie jest przemoc, kobieta może wrócić do swoich rodziców, jednak jak długo tam zostanie? Nie ma gdzie się podziać, więc prędzej czy później wraca do męża i sytuacja się powtarza. 

Kinngait

Kinngait w Inuktitut, języku rdzennej ludności  znaczy „tam gdzie są wzgórza” i rzeczywiście osada rozciąga się na kilku niezbyt wysokich wzniesieniach. Jak zwykle wita nas gromadka umorusanych dzieci. Pieszo i na rowerach. Chcą wiedzieć wszystko: czy jesteśmy z tej pomarańczowej łódki, skąd przyjechaliśmy, co tu robimy i ile wzrostu ma kapitan. Dorośli są nami mniej zainteresowani, dopiero po pewnym czasie pojawia się grupa lokalnych rzeźbiarzy. Osada znana jest z wytworów lokalnej sztuki. I to znowu stały schemat. Im osada mniejsza tym więcej interakcji, im większa tym bardziej obojętni jesteśmy dorosłym mieszkańcom. A Kinngait jest dość duże jak na warunki Nunavut – osada liczy ponad 1400 osób. Jest też wyraźnie opustoszała. To jedno z miejsc, które przed pandemią były w lecie odwiedzane przez promy z turystami. Teraz został po tym opuszczony punkt widokowy, niewielkie puste hotele, uliczka otwieranych czasowo dla turystów warsztatów artystycznych – teraz zabitych deskami, a nawet również zamknięty na głucho bar z fastfoodem. Na jednym ze wzgórz pyszni się, również nieczynne, centrum lokalnej sztuki. Trochę więcej życia w dwóch lokalnych sklepach. Na plaży szkielet białuchy - pozostałość po polowaniu. No i znowu tłumy dzieci.

Edukacja w Nunavut

JP, z którym rozmawialiśmy w sąsiedniej wiosce śmiał  się, że ilość dzieci to efekt długich, mroźnych i ciemnych zim. W każdej osadzie jest szkoła, ale dzieciaki chodzą do niej niezbyt chętnie. To problem mentalności, w rozumieniu inwitów zdobycie wykształcenia nie wiąże się z poprawą jakości życia. Poziom w szkołach jest też dużo niższy niż w innych częściach Kanady. Jeśli nauczyciel zbytnio podniesie wymagania - dzieci po prostu przestaną przychodzić na zajęcia. - I co im zrobisz? – JP rozkłada ręce.

- Musicie zrozumieć, - mówi Magda, polska misjonarka spotkana przez nas w Whale Cove – że część ludzi, któż tu żyją urodziła się jeszcze w iglo, to co wydarzyło się w ostatnich latach  to i tak olbrzymi przeskok, ale do zmiany  mentalności potrzeba kilu pokoleń.

Po ukończeniu 12 klas w lokalnej szkole uczniowie mają możliwość wyjazdu do Arctic Collage, którego główny kampus mieści się w Iqaluit, stolicy Nunavut, a mniejsze oddziały w kilku większych osadach. Collage oferuje różne ścieżki edukacji: można zrobić licencjat z pielęgniarstwa, pedagogiki czy zarządzania biznesem, a także programy edukacji zawodowej – wybierane głównie przez lokalną młodzież. Wybrane kursy kończy mniej niż połowa uczestników - reszta rezygnuje z nauki przed uzyskaniem dyplomu. A przecież na wyjazd do Iqaluit decydują się tylko nieliczni i najbardziej zdeterminowani. Inuici to bardzo zamknięta społeczność i młodzi ludzie, aby wyjechać do na studia czy do pracy poza osadę, potrzebują zgody „starszyzny”.  Ale nawet gdy ją dostaną, opuszczają społeczność praktycznie bez możliwości powrotu. Usłyszeliśmy, że albo jest się częścią społeczności, albo się wyjeżdża - a o takich co wyjechali, osada po prostu zapomina. Wyjazdy nawet najbardziej obiecujących uczniów poza teren Nunavut niestety często kończą się tragicznie. Wychowani w zwartych społecznościach i bliskich wielopokoleniowych rodzinach Inuici bardzo często nie radzą sobie we współczesnym świecie.

Salliq

Po zejściu na ląd i obchodzie wioski siadamy z kawą w papierowych kubkach przed lokalnym oddziałem Co-op. Powoli nawiązujemy znajomości. Jak zwykle pierwsze pojawiają się dzieci, potem stopniowo dorośli. Rozmawiamy.  Jacht widziano tu jeden, dawno, przed kilkunastu laty.  Pytamy o świeże mięso - pojawia się reklamówka karibu, w tym samym czasie druga grupa organizuje Ulu – tradycyjny nóż – prezent na urodziny Kapitana. Silnik naszego pontonu odmawia posłuszeństwa. Inuita z sąsiedniej motorówki bierze narzędzia i spieszy z pomocą. - Byliście w Kinngait,  widziałem was tam, a teraz wracam - mówi.

Wieść o dużej pomarańczowej łódce z żaglami zaczyna się nieść między wioskami. Od 2018 roku wszystkie osady Nunavut mają pokrycie sieci komórkowej, od dwóch lat LTE – informacje szerzą się w grupach na Facebooku. Kilka sprawnych ruchów i problem z silnikiem został rozwiązany. Dostajemy zaproszenie na  mecz piłki halowej. Kibicujemy wszystkim drużynom.

Transport w Nunavut

Transport samolotowy  zapewnia tylko małą część dostaw. Samoloty są niewielkie, a koszty transportu lotniczego wysokie. Większość  towarów zamawianych przez sklepy, klientów indywidualnych oraz dostawy paliwa – dostarczane jest trzy razy w roku przez olbrzymie statki – suppliery. W czasie krótkiego arktycznego lata płyną one od wioski do wioski zostawiając w nich towar.  - Zamawiasz i czekasz, a statek przypływa, albo nie przypływa – jak filozoficznie zauważył jeden z naszych rozmówców. W Arktyce uczysz się cierpliwości. 

Ze względu na brak infrastruktury i bardzo płytkie skaliste podejścia do wiosek, kontenerowce kotwiczą na bezpiecznych dalekich kotwicowiskach. Skąd towary transportowane są na brzeg barkami wspomaganymi przez małe holowniki.

Rozładunek

Mieliśmy szczęście – w jednej z wiosek byliśmy świadkami rozładunku pierwszego w tym roku statku zaopatrzeniowego.  Było to na początku  sierpnia, dwa tygodnie po tym jak puściły lody. Statek o długości niemal 140 metrów zatrzymał się na kotwicy kilka mil od osady. Własnym dźwigiem zwodował dwa małe holowniki oraz dwa zestawy barek. Wkrótce barki pchane czerwonymi holownikami zaczęły wahadłowo  kursować między statkiem, a brzegiem. Po dobiciu do brzegu pierwszej barki szybko zbudowano rampę wyładowczą i kontenery z zaopatrzeniem zaczęły powoli wypełniać plażę. Skok pływu wynosił tego dnia ponad dziewięć metrów, a operacja mogła być wykonana wyłącznie podczas wysokiej wody. Wszystko musiało być więc wcześniej bardzo precyzyjnie zaplanowane, tak by trafić w odpowiednią fazę przypływu.

Pierwszy na plażę wyjechał kontener z napisem OFFICE. Zaraz po nim przewoźny agregat prądotwórczy. Wytłumaczono nam, że rozładunek potrafi zająć nawet kilka dni, a warunki atmosferyczne bywają  bardzo ciężkie. Pracownicy muszą mieć miejsce schronienia, odpoczynku, sprawdzania dokumentów oraz punkt wydawania przesyłek. 

Gdy barki wycofały się do burty statku, sztaplarki zaczęły rozładunek kontenerów. W  okolicach biura zaczęły pojawiać się samochody mieszkańców czekających na zamówione towary. Odbiór  odbywał się bardzo sprawnie mimo późnych godzin nocnych. Tutaj to pora wysokiej wody wyznacza godziny pracy. Manager lokalnego sklepu opowiedział nam potem, że musiał wypłacić pracownikom dodatek za pracę w nocy – karton puszek coca-coli dla każdego. Większość odbierających zamówienia była bardzo zadowolona  otrzymali towary zamówione często przed kilkoma miesiącami. Wodą przypływa tu wszystko począwszy od produktów spożywczych,  materiałów do budowy domu, po skutery śnieżne i samochody. Jednak byli też rozczarowani klienci, których zamówienia nie przypłynęły. Trudno się dziwić ich rozgoryczeniu – statek pojawia się w ich osadzie tylko trzy razy w roku: w sierpniu, we wrześniu, a ostatni tuż przed nowym lodem – w październiku. Następnego dnia asortyment w lokalnym sklepie zaczął stopniowo rosnąć – pojawiły się nawet nieduże ilości warzyw i owoców.

W czasie wizyty w innej wiosce spotkaliśmy kolejny statek zaopatrzeniowy. Jego kapitan, Cédric Goyette, zdumiony widokiem jachtu żaglowego zaprosił  nas na kawę i zwiedzanie statku. Mogliśmy zobaczyć jak wygląda załadunek powracających barkami pustych kontenerów. Nie zabrakło też rozmów o nawigacji. Kapitan przyznał, że nawet oni nie mają dostępu do dokładnych map elektronicznych – królują tradycyjne, papierowe mapy wzbogacone o adnotacje z poprzednich dostaw. Tutejsze wody są tak niegościnne, że statki pływają tylko po swoich stałych, sprawdzonych trasach. Arktykę Kanadyjską obsługują dwie firmy – kompania Cédrica posiada cztery statki, które w ciągu krótkiego lata pokonują liczącą kilka tysięcy mil trasę z Montrealu, by dowieźć do osad Nunavut wszystko czego potrzebują mieszkańcy.

Rankin Inlet

Rankin Inlet to jedna z większych osad – liczy prawie 2500 mieszkańców. Przypomina bardziej niewielkie miasteczko niż Inuicką osadę. Jest sklep z pamiątkami, działająca restauracja, suweniry w hotelu i jedyny w regionie sklep z alkoholem. Ze względu na problemy społeczne wynikające z uzależnień od alkoholu, na które Inuici są szczególnie podatni - Nunavut to „dry land”. Sprzedaż i przekazywanie alkoholu są tu zakazane, a jego obrót ograniczony do systemu zamówień i pozwoleń  oraz specjalnych sklepów zabezpieczonych bardziej niż stoiska z bronią w lokalnych marketach.

W Ranklin często pojawiają się białe niedźwiedzie. Ostatni widziany był w centrum wioski zaledwie kilka tygodni przed naszym przybyciem. Jak opowiadają mieszkańcy - jedna z Inuitek,  poszła do  lokalnego Quickstop’u po poranną kawę. Kiedy wyszła na zewnątrz z kubkiem gorącego napoju, stanęła oko w oko z niedźwiedziem. - Nigdy w życiu tak nie krzyczałam – wspomina. Na szczęście ten krzyk usłyszał kierowca jadącego w pobliżu pickupa. Zareagował bardzo szybko - wjechał samochodem pomiędzy kobietę, a niedźwiedzia i wpuścił ją do środka.  Następnie powiadomił o sytuacji oficera odpowiednich służb i odeskortował niedźwiedzia,  klaksonem ostrzegając innych mieszkańców o niebezpieczeństwie. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia przy takich spotkaniach. Dużo słyszymy o poważnych obrażeniach zadanych przez niedźwiedzie, tym którym udało się przeżyć.

Wyruszamy na spacer - jemy pierwsze od tygodni  hamburgery i robimy pamiątkowe zdjęcia przy Inukshuku – kamiennej rzeźbie symbolu człowieka północy. Oglądamy pamiątki. Marysia  spóźnia się na powrotny ponton, widzimy, jak biegnie w kaloszach, za nią jedzie samochód. W środku Inuitka. – Słyszałam, że przypłynęliście z tak daleka, więc upiekłam wam domowe ciasto – mówi.

Co jedzą inuici?

W każdej osadzie znajdują się dwa sklepy prowadzone przez kooperatywy operujące na terenie terytorium. Ich zaopatrzenie na pierwszy rzut oka nie wygląda źle. To jednak tylko pozory, bo odwiedzamy  je tuż po pierwszych, sierpniowych dostawach „supplierami”. Inuici żyją bardzo rodzinnie, ale mają także wbudowane wysokie poczucie odpowiedzialności za  społeczność. Dlatego jeśli do sklepu dostarczonych zostanie 20 paczek chipsów, to nikt nie kupi więcej niż jedną. 

-Gdy  kobieta idzie po mleko do kawy i widzi, że na półce zostało mało, to też nie weźmie więcej niż jednego – tak by zostało też dla innych – opowiada Magda, misjonarka z Whale Cove.

Ale nawet jeśli produkty w sklepach są – kogo na nie stać, biorąc pod uwagę astronomiczne ceny? Jak przeżyć w świecie, gdzie paczka ręczników papierowych kosztuje niemal 40 dolarów (ok. 145 zł)? Ceny zależą od aktualnych dostaw. Opowiadano nam, że bywały lata kiedy galon mleka w sklepie kosztował 20 dolarów (ok. 72 zł). Pracownicy pracujący na kontraktach zarabiają wystarczająco dużo, by kupować w sklepie, ale rdzenni mieszkańcy muszą polować żeby przeżyć i swoją dietę opierają w większości na tym co upolują.

Na szczęście okoliczne tereny obfitują w zwierzynę oraz oczywiście  ryby. Prawo  do polowań jest dziedziczone. Rdzenni mieszkańcy mają prawo do polowań na białuchy, niedźwiedzie polarne czy morsy. Biały, jeśli poślubił Inuitkę, nabywa prawa do polowań na foki, ale już do niedźwiedzi czy białuch strzelać mu nie wolno. Wszyscy za to do woli mogą łowić ryby.

Nad ochroną największych gatunków wielorybów czuwa lokalna administracja, która wydaje Inuitom określoną ilość pozwoleń na polowania rocznie. Zwykle w ciągu roku dostaje je jedna osada. Inuici bardzo szanują zwierzęta, nie polują na samice w okresie rozrodczym, ani kiedy wychowują młode, nie strzelają do osobników najmłodszych. Po polowaniu nic się nie marnuje. Złowione wieloryby są ćwiartowane i rozdzielane pomiędzy osady. Mięso oraz tłuszcz ze skórą przechowuje się we wspólnych, dużych chłodniach, skąd mieszkańcy odbierają je w miarę potrzeby. Najsmaczniejsze – według tutejszego rozumienia – kąski przeznaczone są na specjalne okazje. Za największy przysmak uchodzi „makdak” – drobno krojona surowa skóra biełuchy wraz z tłuszczem. Często serwowana jest bezpośrednio na położonym na podłodze kartonie, a każdy okraja nożem swój kawałek i długo żuje. Specyficznym smakołykiem jest też mięso fermentowane – długo zakopywane w ziemi, specjał pochodzący z czasów kiedy był to jedyny sposób konserwacji mięsa w ciepłych miesiącach.

Nie wszystkie rodziny są wystarczająco zamożne, by posiłki odbywały się regularnie. Bywa, że jednego dnia jedzą dorośli, a następnego karmi się dzieci. To skutek biedy, ale i nie zawsze racjonalnego gospodarowania pieniędzmi. Łatwo zauważyć, że zarobione pieniądze szybko się rozchodzą, nałogi nie są rzadkie i nawet tym, którzy pracują na etacie często nie starcza do następnej wypłaty.

Whale Cove

Do Whale Cove wpływamy wczesnym rankiem. Pogoda ma się psuć, więc poza rzuceniem kotwicy, kajakiem wywozimy na brzeg cumę jako dodatkowe zabezpieczenie. Na brzegu czekają już dwa qłady, to między innymi dyrektorka miejscowej szkoły witająca nas w osadzie. Mówi, że mieszka tu Polska misjonarka – Magda. Kiedy tylko morze uspokaja się schodzimy na ląd. Przyjęcie jest tak ciepłe, że w wiosce zostajemy dużo dłużej niż planowaliśmy. Magda zaprasza nas do domu i częstuje lokalnym przysmakiem - tłuszczem i skórą z białuchy, które z sosem sojowym przypominają w smaku sashimi z ryby maślanej. Część naszej załogi będzie miała okazję spróbować jej bardziej „hardcoreowej”, zaproszeni do inuickiego domu zostają poczęstowani tradycyjnym posiłkiem na większe okazje – własnoręcznie odkrawanym z dużych kawałków surowym mięsem karibu i białuchy.

W wiosce spotykamy się z niezwykłą życzliwością. Dom Magdy jest dla nas otwarty, zaprasza nas na obiad, użycza swojego quada, a przede wszystkim opowiada. Magda  żyje na północy kilka lat, wie dużo o życiu Inuitów, jako misjonarka jest z nimi bardzo blisko. Mówi jak bardzo Inuici szanują naturę i zwierzęta. Opowiada nam też o ich życiu. - Inukowie żenią się późno – około 50. roku życia, kiedy już są pewni, że chcą ze sobą być - śmieje się.

Dzieci rodzą się wcześnie, w niektórych wioskach matkami zostają już kilkunastoletnie dziewczynki. - Dawniej od obecności dzieci zależało przeżycie, stąd źle widziane jest kiedy kobieta nie ma dzieci. Do tej pory obecna jest tradycja adopcji dzieci w i między rodzinami. Jeśli kobieta nie może urodzić dziecka sama jest jej ono oddawane do adopcji przez kogoś z rodziny. Podobnie z tradycją oddawania pierwszego dziecka do adopcji rodzicom matki. W części rodzin nadal tak się dzieje – opowiada Magda.

Nie tylko my odwiedzamy lokalnych mieszkańców. Ponton krąży między łódką, a brzegiem przewożąc na pokład wycieczki dzieci i rodziców. Odwiedza nas Dan, mieszkający od kilku lat w wiosce Kanadyjczyk, pasjonat budowy mebli i.. produkcji soli. Przywozi nam słoiczek wyprodukowanej własnymi rękami soli morskiej. Dan z fascynacją ogląda naszą odsalarkę, rozważając możliwość jej zastosowania do własnych potrzeb, w końcu to właśnie solanka jest odpadem ubocznym produkcji słodkiej wody.  

W czasie wieczornego spaceru spotykamy kobietę -  to Natassa – greczynka, która przed kilkoma tygodniami przyjechała z mężem z Saskatchewan, żeby przejąć zarządzanie tutejszym hotelem. - O Boże naprawdę jesteście Europejczykami? – wykrzykuje i ściska nas gorąco. Opowiadamy, że jest tu jeszcze jedna Europejka i prowadzimy ją do Magdy. Okazuje się, że panie słyszały o sobie, ale jeszcze się nie znają. - Robię porządek w hotelu – opowiada Natassa – wyobraźcie sobie, że w składziku znalazłam 51 końcówek do mopa. 51! Gdybym chciała zmieniać je co tydzień to potrzebowałabym rok, żeby je wszystkie zużyć! Rok! I dziesiątki czepków na włosy! I kartony rękawiczek. I nigdy nie używane urządzenie do czyszczenia parowego. Z takim wyposażeniem to powinno być najczystsze miejsce na świecie. A nie było! Ale już jest – śmieje się.

Harpun

Po powrocie na łódkę spotyka nas niespodzianka. To harpun przywieziony przez lokalnych łowców dla kapitana Maćka. - Dla Inuków to najwyższy dowód uznania, nie ma większego - mówi Magda. - To dar dla ludzi, którzy w ich oczach dokonali czegoś niemożliwego, pokonali trudny nieznany żywioł – dodaje.

Dla większości Inuitów Inatiz jest pierwszym jachtem, który widzieli w życiu. W Kimmirut jacht widziano w 2016 roku. W Salliq pamiętają jeden sprzed kilkunastu lat. Wszedł na mieliznę i trzeba go było ściągać łodziami. Irvin Zavadski, kapitan portu w Churchill pracujący tu nieprzerwanie od 1978 roku, pokazuje nam zdjęcia czterech jednostek żaglowych, wspomina, że może były u nich jeszcze ze dwie, których nie uwidocznił na zdjęciach, a nazwy zatarły się w pamięci. Oznacza to, że tylko siedem jachtów, wliczając w to nasz, odwiedziło jedyny prawdziwy port nad zatoką Hudsona w przeciągu ponad 40 lat. Tym większe zdziwienie wzbudza fakt, że przypłynęliśmy tu z Polski. Przecież to aż za oceanem. Inuici z respektem kiwają głowami, kiedy mówimy im, że Inatiz z domu wypłynął w połowie maja i przepłynęliśmy na nim łącznie już ponad 7000 mil.

Dlaczego ludzie żyją w tak trudnych warunkach? - Zadałam kiedyś to pytanie – odpowiedziała Magda. - Inuitka zaprowadziła mnie na szczyt wzniesienia i pokazała widok. Więcej nie pytałam.

Hudson Expedition 2022, to kolejna arktyczna wyprawa projektu Lodowe Krainy, którego pomysłodawcą i spiritus movens jest kapitan Maciej Sodkiewicz. Głównym celem wyprawy jest eksploracja trudnych terenów Arktyki Kanadyjskiej- głównie Zatoki Hudsona. Od startu w maju br, stalowy jacht Inatiz przepłynął już ponad 7000 mil morskich. W chwili publikacji tekstu załogi szczytowych etapów wyprawy odwiedziły już 9 Inuickich wiosek, a Inatiz jako pierwszy jacht w historii polskiego żeglarstwa wpłynął na wody Foxe Basin.

Kraj
Zagramy z Walią w koszulkach z nieprawidłowym godłem. Orła wzięto z Wikipedii
Materiał Promocyjny
Tajniki oszczędnościowych obligacji skarbowych. Możliwości na różne potrzeby
Kraj
Szef BBN: Rosyjska rakieta nie powinna być natychmiast strącona
Kraj
Afera zbożowa wciąż nierozliczona. Coraz więcej firm podejrzanych o handel "zbożem technicznym" z Ukrainy
Kraj
Kraków. Zniknęło niebezpieczne urządzenie. Agencja Atomistyki ostrzega
Materiał Promocyjny
Naukowa Fundacja Polpharmy ogłasza start XXIII edycji Konkursu o Grant Fundacji
Kraj
Konferencja Tadeusz Czacki Model United Nations