W nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym znalazł się przepis mówiący, że w Radzie Najwyższej Szkolnictwa Wyższego kobiety muszą stanowić 30 proc., a w Polskiej Komisji Akredytacyjnej - 10 proc. w tej i 20 proc. w kolejnej kadencji. - Może dzięki temu poprawi się przydzielanie pieniędzy na badania, które zostało zmonopolizowane przez mężczyzn. I zwiększy się udział kobiet w znaczących konferencjach - mówi w „DGP” prof. Magdalena Środa.
Jakie jest uzasadnienie tego pomysłu? „Jeżeli chodzi o liczbę kobiet, które studiują i robią doktoraty, jesteśmy w czołówce unijnej: w roku akademickim 2008/2009 stanowiły one 68 proc. studentów, a ponad połowa doktorantów to kobiety. Jednak przy osiąganiu wyższych stanowisk zaczynają się schody” – pisze „Dziennik”. A parytety w cudowny sposób miałyby te schody zlikwidować.
Co prawda profesor Marek Rocki - przewodniczący Państwowej Komisji Akredytacyjnej - twierdzi, że habilitacje robią głównie mężczyźni, „więc spełnienie wymagań ministerstwa może być trudne”. Cóż to za argument? Przecież można wpisać obowiązek nadawania tytułów naukowych kobietom w odpowiedniej proporcji… A wcześniej przyjmowania ich do szkół. Idąc dalej w inżynierii społecznej można by przypilnować, aby rodziło się odpowiednio dużo dziewczynek. Sposób na pewno się znajdzie.
[ramka][link=http://blog.rp.pl/janke/2010/04/06/pani-minister-walczy/]Skomentuj[/link][/ramka]