Reklama
Rozwiń
Reklama

Przygoda z Teatrem Domowym

Ewa Dałkowska: – Spotkaliśmy się pod pretekstem imienin. Brawa były zakazane...

Publikacja: 15.05.2009 14:03

Ewa Dałkowska w rozmowie z Piotrem Fronczewskim

Ewa Dałkowska w rozmowie z Piotrem Fronczewskim

Foto: Forum

Dyrektor Zygmunt Hübner prowadził teatr obywatelski, dialogujący z widzem o znaczących sprawach. W jego Teatrze Powszechnym w Warszawie reżyser Elżbieta Bukowińska wystawiła „Wszystkie spektakle zarezerwowane”, ułożone z wierszy Barańczaka, Krynickiego, Zagajewskiego i innych poetów pokolenia 1968. Przedstawienie zdjęto tuż po wprowadzeniu stanu wojennego. Ksiądz Wiesław Niewęgłowski zaproponował, żebyśmy je grali w kościele św. Anny. Przyszedł z tym do mnie Andrzej Piszczatowski. Z nim, Bukowińską, Maciejem Szarym i Emilianem Kamińskim, który nie był z naszego teatru, lecz przystał do grupy, zdecydowaliśmy, że rzeczywistość za oknem jest jednak zupełnie inna od przedstawionej w wierszach.

Byliśmy wściekli. Zaczęliśmy zbierać teksty, które były reakcją na stan wojenny. Jacek Kaczmarski dał nam dwie przemycone z Zachodu piosenki. Formułę występów dyktowało ówczesne życie. Premiera ponadgodzinnego programu odbyła się w moim mieszkaniu w listopadzie 1982 r. 40 osób dyskretnie parkowało i wjeżdżało windą na ósme piętro ursynowskiego bloku przy ul. Nutki. Spotkaliśmy się pod pretekstem imienin. Brawa były zakazane. Wśród gości był m.in. Zygmunt Hübner, prof. Bohdan Korzeniewski i Jan Pietrzak, który wrócił ze Stanów i włączył się z piosenkami. Kazio Kaczor ustawiał laleczki w kukiełkowym kawałku o Czerwonym Kapturku.

Myśleliśmy, że to będzie jednorazowy pokaz. Jednak kilka z zaproszonych osób zapragnęło, żeby te drugoobiegowe teksty zagrać i u nich. Naszym impresario został Andrzej Piszczatowski i wkrótce ledwo nadążał w spełnianiu zamówień. Chodził do tych ludzi, mówił o warunkach bezpieczeństwa, że nie wolno wpuszczać nikogo niezapowiedzianego, bo widzowie narażali się w równym stopniu co artyści.Podczas przedstawień puszczaliśmy w obieg kapelusz, dzięki czemu mieliśmy fundusz teatralny. Mogliśmy zamawiać nowe utwory i przekłady. Drugi program był już kabaretowy.

Chcieliśmy jak najdłużej grać. Od początku założyliśmy więc, że nie występujemy w kościołach i salkach parafialnych, które, oczywiście, były mocno inwigilowane. Śmiano się z nas, że niepotrzebnie jesteśmy tacy ostrożni. Tymczasem miewaliśmy cynki, że ktoś sypnął w śledztwie, że widział jakieś nasze nielegalne przedstawienie. Znajomi prawnicy pouczali nas, że mamy się nie dziwić, jeśli po aresztowaniu odwiedzi nas mecenas Jan Olszewski, który będzie miał gryps.

Zagrałam w ok. 150 spektaklach bez żadnej wpadki. Ja z Emilianem odeszłam wcześniej, pozostali koledzy grali dalej, m.in. w sztuce Kohouta.Przez przypadek po 1989 r. do rąk Emiliana trafiły milicyjne akta. Wynikało z nich, że była już zatwierdzona obserwacja naszej grupy, podsłuchy itp. Mimo to doszli do wniosku, że nie ma nas co ścigać, skoro zagraliśmy… raz. Pocieszające.

Reklama
Reklama

Jednak każdy brak zdyscyplinowania mógł narazić na kłopoty wielu wspaniałych ludzi. Poznawaliśmy ich, nawiązywaliśmy wzajemne kontakty, które przetrwały o wiele dłużej niż sama przygoda z Teatrem Domowym. Jeśli zajdzie potrzeba, jestem gotowa grać nadal w ten sposób.

Policja
Nietykalna sierżant „Doris”. Drugie życie tajnej policjantki
ekologia
Co dalej ze Strefą Czystego Transportu w Warszawie? Radni nie są przekonani
Kraj
Dokąd jeździł Rafał Trzaskowski? Zestawienie podróży służbowych prezydenta Warszawy
Warszawa
Pierwsze podsumowanie warszawskiego programu „Bezpieczna Noc”
Materiał Promocyjny
Historyczne śródmieście Gdańska przyciąga klientów z całego kraju
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama