Magdalena Ogórek ma być przepustką dla SLD do kolejnego Sejmu, Wanda Nowicka – narzędziem zemsty na Leszku Millerze, a Anna Grodzka – sprawdzianem dla Zielonych, czy może już zaczęli się liczyć na scenie politycznej.
Żeby Leszek Miller zniknął
Tegoroczne wybory prezydenckie dla lewicy są najdziwniejszą rozgrywką od lat. Nikomu nie chodzi o prezydenturę, ani nawet o osobistą popularność kandydata na prezydenta. Liczy się tylko jedno – czy uda się wypchnąć Sojusz Lewicy Demokratycznej z parlamentu i tym samym zniszczyć jego prymat po lewej stronie sceny politycznej.
Pal sześć własne szanse na wprowadzenie przedstawicieli do Sejmu. Liczy się tylko to, żeby znienawidzony Leszek Miller, szef SLD, zniknął z przestrzeni publicznej.
Co ciekawe, w tej rozgrywce dają się wykorzystać same panie, bo to one stanęły do wyścigu prezydenckiego. Tegoroczne wybory prezydenckie byłyby spełnieniem marzeń lewicy o kobietach na najwyższych urzędach, gdyby w rzeczywistości nie chodziło o coś zupełnie innego.
Wygląd ma znaczenie?
SLD jako broniący swojej pozycji na lewicy jest naprawdę w trudnej sytuacji. Kandydatura Magdaleny Ogórek, która miała poprawić notowania Sojuszu przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi, nie gwarantuje partii wejścia do nowego Sejmu. Im dłużej trwa kampania urodziwej pani doktor od Kościoła, tym wypada ona gorzej.
Jej początkowe unikanie dziennikarzy zaskakiwało i wyglądało dziwacznie, ale gdy kandydatka zaczęła się odzywać i pokazywać, to właściwie jest jeszcze gorzej. Obrazki z jej weekendowych wizyt w różnych zakątkach Polski wyglądają nadzwyczaj przygnębiająco. Pani Ogórek w towarzystwie kilku panów przechadza się po pustym rynku. Gdy ktoś ją zaczepia, to na ogół emeryci (złośliwi twierdzą, że ustawieni działacze partyjni), choć podobno jest kandydatką młodych wyborców.
Jej odpowiedzi na pytania przypominają humor z zeszytów szkolnych. Choć właściwie pytanie, czy kandydatka, jak już zostanie prezydentem, zamieszka w Pałacu Prezydenckim czy w Belwederze, nie zasługuje na poważną odpowiedź.
Tak czy inaczej, sądząc po migawkach z wyjazdów terenowych, wśród Polaków kandydatka nie budzi większych emocji. – Bo ona stwarza dystans – mówi jeden z działaczy Sojuszu. Ludzie nawet boją się jej dotknąć, żeby jej nie pobrudzić płaszczyka.