Uzyskane w ten sposób pieniądze mają zapewnić wsparcie finansowe parafiom, które mają największe problemy w związku z inflacją i kryzysem energetycznym.

- Chodzi o dodatkowe wpływy, jakie poszczególne parafie czerpią z dzierżawy nieruchomości, prowadzonych sklepików czy otrzymywanych w zamian za to, że na ich terenie stoją maszty telekomunikacyjne - mówi w rozmowie z Onetem rzecznik kurii. 10 proc. przychodów mają odwoływać się do dziesięciny z Pisma Świętego.

"Celem podatku jest pokrycie potrzeb diecezjalnych, m.in. wynikających z zasad sprawiedliwości oraz solidarności potrzeby wspierania wspólnot parafialnych znajdujących się w trudnej sytuacji finansowej w ich misji sprawowania kultu, działalności charytatywno-opiekuńczej, konserwacji zabytków czy prowadzenia inwestycji sakralnych i remontów" - przekazał w podpisanym dekrecie abp Jędraszewski.

Duchowni zapowiadają, że nowy podatek może odbić się na członkach parafii, ponieważ mogą wzrosnąć stawki za udzielane sakramenty.

- Nie zamierzamy z dekretem arcybiskupa dyskutować, trzeba będzie jego założenia spełniać - zapowiada proboszcz zakopiańskiego Sanktuarium Najświętszej Rodziny ks. Bogusław Filipiak.

- Wiadomo, że oddanie 10 proc. naszych dochodów wiąże się z tym, że będziemy musieli ograniczyć swoje wydatki, by spiąć budżet. A mamy na co wydawać, bo prowadzimy stację Caritas czy Kuchnię Św. Brata Alberta wydającą darmowe posiłki potrzebującym. Być może będę szukał nowych źródeł dochodu, ale wiadomo, że wówczas więcej też będę musiał arcybiskupowi oddać - dodaje duchowny.

- Zaskakuje mnie forma i sposób, w jaki arcybiskup Jędraszewski komunikuje nam nałożenie nowego podatku. To dokument naszpikowany paragrafami, wydany bez żadnych konsultacji z najbardziej zainteresowanymi. Nie twierdzę, że wszystko w dekrecie jest złe, ale metropolita obwieścił to, jak król, który nie rozmawia ze swoimi poddanymi - uważa ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski.