Po kilku miesiącach negocjacji udało się wreszcie odblokować port w Odessie. Pierwszy statek z ukraińskim zbożem wypłynął w poniedziałek. Jest szansa na powrót do rozmów pokojowych z Rosjanami?

Ukraina nie znajduje się w tak kiepskiej sytuacji, żebyśmy musieli wnioskować o negocjacje z Rosją. To im zależy na rokowaniach. Cały kryzys z dostawami ukraińskiego zboża został wywołany przez Rosję po to, by mieć temat do komunikacji z Zachodem. Chcą wpływać poprzez to na Zachód, grożąc kryzysem migracyjnym, buntami i nową arabską wiosną. Weszliśmy w to, bo nie chcemy, by Europa, Bliski Wschód i kraje Afryki były szantażowane. Co więcej, nie chcemy, by doszło do głodu w najbiedniejszych regionach świata. Poza tym to element naszej polityki zagranicznej w Afryce.

Czytaj więcej

Atak rakietowy Rosji na Ukrainie przy granicy z Polską

A dlaczego zgodziła się na to Rosja?

Bo liczą na złagodzenie sankcji Zachodu. Co więcej, pozorują gest dobrej woli, bo chcą zacząć proces negocjacyjny. Nie radzą sobie wojskowo, więc dążą do zawarcia jakichś układów na wzór porozumień mińskich. Liczą na to, że przekonają Europę i USA, by zmusiły Ukrainę do zawarcia takich porozumień. Pilnie potrzebują zawieszenia broni, by przegrupować jednostki i się zregenerować. My zaangażowaliśmy siły, które dotychczas nie były wykorzystywane, a oni mają wymęczonych żołnierzy.

Sugeruje pan, że Putin ugrzązł w wojnie i nie ma planów na najbliższe tygodnie?

Może i ma plany, ale nie są one realistyczne, tak jak zajęcie Odessy czy Charkowa. Mówią, że wszystkie zadania zostaną wykonane, ale nie jest jasne, co mają na myśli. Nasz wywiad, a także zachodnie ośrodki analityczne mówią, że Rosjanie już miesiąc temu osięgnęli szczyt swoich możliwości w tej wojnie, a teraz są na wykończeniu.

A jeżeli Putin ogłosi powszechną mobilizację w Rosji?

Rosja nie wytrzyma tego gospodarczo, socjalnie i politycznie. System mobilizacyjny obowiązujący w Związku Radzieckim został zrujnowany. Nowego nie utworzono. To bardzo skomplikowany mechanizm, który tworzy się latami. Tego nie robi się w ciągu kilku miesięcy czy roku. Nie będą mieli czym uzbroić takiej liczby żołnierzy, a według sondaży co najmniej połowa Rosjan nie popiera kontynuacji tej wojny. Mobilizacja zniszczy obowiązującą w Rosji umowę społeczną. Polega ona na tym, że przeciętny Rosjanin leży na kanapie, przełącza kanały telewizyjne, patrzy, jak walczą inni, i podziwia ich zwycięstwa. A w przypadku mobilizacji musiałby zejść z kanapy i iść na wojnę. Kreml nie wie, jaką to wywoła reakcję społeczeństwa. A przecież pamięta, jak sto lat temu to właśnie zmobilizowani ludzie obalili cara. Mieli jechać na front i rzucać się pod niemieckie karabiny. Woleli obrócić broń przeciwko carowi i Rosja to doskonale pamięta.

To co pozostaje w takim razie Putinowi? Anektować okupowane już tereny i oznajmić Rosjanom, że odniósł zwycięstwo nad Dnieprem?

Liczą na to, że rozbiją nas, gdy się zderzymy ze sobą, i chcą uniemożliwić ukraińską kontrofensywę. Chcą przekonać nas i naszych zachodnich partnerów, że Ukraina nie jest zdolna do ofensywy. Szykują Ukrainie los podzielonej na dwie części Korei. A czy dokonają formalnie aneksji, nie jest ważne, to kwestie techniczne. Chcą zamrozić wojnę, zgromadzić siły i uderzyć ponownie za dwa, może za trzy lata.

Zamrożenie tego konfliktu raczej nie leży w interesach Ukrainy?

To nie jest dla nas rozwiązanie. Bo nie będziemy mogli normalnie żyć i budować. Wpadniemy w wyścig zbrojeń i wszystkie pieniądze będziemy musieli wydawać nie na odbudowę Ukrainy, lecz na przygotowanie do kolejnego etapu wojny. Poza tym nie wiemy, jak będą się zachowywać państwa Zachodu, gdyby do takiego zamrożenia doszło. W ukraińskim społeczeństwie istnieje konsensus co do tego, że powinniśmy zwyciężyć w tej wojnie i wypchnąć Rosję z terytorium naszego kraju.

To kiedy ruszy wielka kontrofensywa na południu, którą zapowiadał prezydent Zełenski?

Trudno powiedzieć, bo Rosjanie przerzucili tam teraz trzy swoje armie. Wszystkie ich siły desantowe są dzisiaj właśnie tam. Przerzucili najważniejsze siły z Donbasu, pozostawiając jedynie armie tak zwanych DRL i ŁRL (samozwańcze republiki Doniecka i Ługańska – red.), najemników Wagnera i dwa lub trzy rosyjskie bataliony. Dajemy im tam popalić, nigdzie nie mogą się przesunąć. Bo najważniejsze siły zgromadziły się na południu. A wojska desantowe nie nadają się do obrony, są przeznaczone do ofensywy. Zakładam więc, że za kilka dni mogą spróbować uderzyć np. na Mikołajów, spróbować okrążyć miasto. To będzie szaleństwem i rozgromimy ich, ale oni myślą inaczej.

Panuje przekonanie, zwłaszcza w europejskich mediach, że Ukraina otrzymała już wystarczająco ciężkiej broni z Zachodu i że nie tylko powstrzymuje Rosjan, ale i przechodzi do kontrofensywy. A my, mieszkańcy Unii Europejskiej, będziemy to obserwować i czekać, aż skończy się wojna. Czy to nie jest zbyt naiwny obraz sytuacji?

Zachodniej broni wciąż bardzo brakuje. Prowadzimy wielką kontynentalną wojnę, linia frontu to 1300 km. A ponad 2600 km musimy zabezpieczać. To bardzo skomplikowane. Mamy zachodnią broń, ale potrzebujemy jej więcej. I z tym jest problem. Co prawda delikatnie przesunęliśmy się do przodu na kierunku zaporoskim, dlatego tam przerzucają siły. Ale dla pełnowartościowej i efektownej ofensywy brakuje nam ciężkiego sprzętu. Co prawda Polska przekazała nam ogromną ilość czołgów, dobrze się sprawują. Trzeba jednak rozumieć, że to nie lokalna wojna, to duży kontynentalny konflikt, największa wojna od 1945 r. I z taką ilością broni z tym sobie nie poradzimy.

A gdyby każdy kraj zachodniej Europy wpierał Ukrainę z taką determinacją jak Polska?

Gdyby wspierały Ukrainę tak jak Polska, bylibyśmy już we Władywostoku. Ale nie każdy kraj ma możliwości i nie każdy kraj ma taką chęć pomocy Ukrainie. Jest wspólna solidarność, coś przekazują, ale Europa rozbrajała się od 1991 r. i wiele krajów nie ma po prostu wystarczającej ilości broni. Muszą ją wyprodukować.

To nie lokalna wojna, to największa wojna od 1945 roku

Ołeksij Arestowycz

Tymczasem Rosja stawia na rakiety manewrujące, którymi od początku wojny bombarduje ukraińskie miasta. Jak z nimi radzi sobie Kijów?

Po to jest obrona przeciwlotnicza. Dużo tych rakiet zestrzeliliśmy. Raz jest lepiej, a raz jest gorzej. Jesteśmy ogromnym państwem i obejmujemy obroną przeciwlotniczą milionowe miasta oraz bazy wojskowe. Obrony przeciwlotniczej jednak brakuje. Według naszych szacunków Rosjanie zużyli już 70 proc. pocisków, ale wciąż sporo ich mają. Widzimy też, że wykorzystują rakiety S-300 i S-400 do celów naziemnych, co jest bardzo kosztownym przedsięwzięciem, bo są oen przeznaczone do celów powietrznych. Bombardują nimi Mikołajów i Charków.

Amerykańskie wyrzutnie HIMARS pomogły Ukrainie?

Bardzo pomogły, bo w ciągu zaledwie pierwszych dwóch tygodni zniszczyliśmy ponad 50 magazynów z amunicją i sprzętem wojskowym. Przedtem dziennie wystrzeliwali około 45 tys. pocisków, teraz około 15 tys. To zasługa HIMARS. A przecież Rosjanie przeprowadzali ofensywę tylko dzięki temu, że mieli przewagę w artylerii. Zmieniliśmy zasady gry. Muszą przesuwać magazyny i centra logistyczne w głąb okupowanych terenów, a to ich znacząco spowalnia. Jak dostaniemy jeszcze więcej tych wyrzutni, to sytuacja jeszcze bardziej zmieni się na naszą korzyść.