Ci, na których ktoś czeka tuż za granicznym szlabanem po polskiej stronie, przechodzą pieszo. Spieszą się, by jak najszybciej spotkać rodzinę czy przyjaciół, wsiąść do ciepłego auta i wreszcie odtajać z zimna i strachu. Dzieci w wózkach często płaczą, te kilkuletnie maszerują samodzielnie z plecaczkami, są zmęczone, ale uśmiechnięte.
Co chwila sceny, których nie powstydziliby się scenarzyści z Hollywood: najpierw uśmiech, potem gorączkowe machanie ręką, okrzyki, krótki bieg i rzucenie się w ramiona, czasem łzy. Dołhobyczów w woj. lubelskim to niewielkie przejście graniczne niedaleko Hrubieszowa. Nikt w miasteczku ani wśród pograniczników nie spodziewał się, że kiedykolwiek będzie przypominać rojny plac targowy.
1000 km od domu
Jeszcze rano w środę na przejście z ukraińskiej strony trzeba było czekać parę godzin. A o 14? – Zero – z dumą mówi komendant placówki ppłk SG Mariusz Kuczyński. – Rozładowaliśmy wreszcie korki – wyjaśnia. Organizacja jest rzeczywiście sprawna: tych, na których nikt nie czeka, wozy strażackie odwożą do punktów recepcyjnych. Straż pomaga nosić pakunki, pomaga osobom starszym, kobietom z małymi dziećmi.
Czytaj więcej
Rosjanie nacierają na największe miasta kraju i próbują okrążyć stolicę. Podczas inwazji zginęło już ponad 2 tys. cywilów.
Swietłana siedzi już w samochodzie i czeka, by reszta z niewielkiej prywatnie zorganizowanej kolumny trzech aut się zapełniła. Jedzie do hotelu w Badowie, który ma przyjąć kilkanaście osób. – Podajcie koniecznie wasze imiona i nazwiska – mówi do warszawiaków krzątających się przy autach. – Nie chcę was stracić z oczu. Bo kiedyś ja i synowie chcemy wam przygotować specjalne podziękowania na piśmie – mówi. Za nią przebyte w ciągu trzech dni 1000 km.
Po drugiej stronie granicy rosyjskie bomby kolejny dzień spadały na ukraińskie miasta. Władze informowały o ponad 2 tys. ofiar wśród ludności cywilnej od początku rosyjskiej agresji 24 lutego.
Ukraińcy nie zamierzają jednak składać broni, wręcz przeciwnie. Z gołymi rękami rzucają się na okupantów. W Starobielsku w obwodzie ługańskim tłum stanął na drodze czołgów i transporterów opancerzonych. W Bobrowicy w obwodzie czernihowskim mężczyzna w podeszłym wieku stanął na drodze nadjeżdżającej kolumnie.
W Chersoniu mieszkańcy wyszli w centrum z flagą Ukrainy, w momencie gdy rosyjscy żołnierze zajmowali budynek administracji. – Jesteśmy bez broni. To nie jest Rosja! Jedźcie do domu! – krzyczeli do Rosjan odważni mieszkańcy Melitopola, którzy nie wpuszczali cudzego wojska do miasta.
Do końca stali też mieszkańcy Konotop, które są na drodze z Rosji do Kijowa. – Powiedzieli, że jak nie ustąpimy, zbombardują miasto za pomocą artylerii. Kto jest za tym, by walczyć? – pytał mer miasta zgromadzonych mieszkańców, w tym kobiety i dzieci.
Ostrzelany szpital
W środę, szóstego dnia agresji, rosyjskie siły weszły do Energodaru koło Zaporoża, gdzie mieści się największa w Europie elektrownia atomowa. Setki mieszkańców i pracowników elektrowni utworzyły barykady, zagradzając drogę workami z piaskiem i samochodami ciężarowymi.
Rosjanie okrążali Mariupol. Pod ostrzałem znalazł się szpital, w którym tego samego dnia urodziła się trójka dzieci. Ukraińscy lekarze tak samo jak wojskowi nigdzie nie uciekają, walczą o swój kraj.